Jastrzębia Góra i my

W ubiegły poniedziałek wstaliśmy gdy
było jeszcze ciemno i o 4 rano wyruszyliśmy w pięciogodzinną
podróż nad morze, do Jastrzębiej Góry.

Mimo moich obaw Lary całą podróż
przespał w bagażniku co jakiś czas siadając i wyglądając przez
okno. Nie ukrywam że zazdrościliśmy mu że mógł się rozciągnąć
i smacznie spać podczas gdy my musieliśmy się gimnastykować by
wygodnie się ułożyć i uciąć sobie drzemkę.
Byłam pełna obaw przed wyjazdem, nie
byłam pewna jak będzie znosił samotność w obcym miejscu (mimo że
zazwyczaj radzi sobie świetnie) oraz czy tłumy ludzi i plaża w tym
mini kurorcie będą przyjazne psu. Całe szczęście moje obawy
okazały się bezpodstawne.

Kwatera

Ze znalezieniem kwatery gdzie można
było przyjechać z psem nie było problemu, chyba większość
hoteli/pensjonatów/prywatnych kwater akceptowała psy. W niektórych
miejscach była niewielka opłata za psa, tam gdzie wybraliśmy się
my Lary przebywał za darmo.
Gospodyni była szalenie miła,
niestety nie mogę polecić miejsca z kilku przyczyn – brak
obiecanego internetu czy osobnej łazienki (również obiecanej)
pozostawił niesmak.

Lokale gastronomiczne

Nie lubię zostawiać mojego psa
samego, wyjeżdżając na wakacje chcę by spędzał ze mną jak
najwięcej czasu na świeżym powietrzu. Nic więc dziwnego że
interesowały mnie jedynie miejsca do których będę mogła przyjść
z psem.
Byłam mile zaskoczona bo do wszystkich
barów do których chodziłam mogłam wejść bez problemu z psem.
Być może dlatego że większość z nich okalały ogródki i
altanki a jak wiadomo tam są psy milej widziane niż w budynkach.
Taka mentalność.
Tak więc Lary odwiedzał z nami
smażalnie, budki z fast foodem a nawet lodziarnie gdzie bez
skrępowania mogliśmy spędzać czas i po kryjomu rzucać mu
poczęstunki. W końcu wakacje są, należy mu się. Dietę zaczniemy
od września…

Plaża

Byłam szczerze zaniepokojona problemem
przebywania na plaży z psem. Jak wiadomo jest to kwestia sporna –
psiarze kontra prawo. Zakaz wprowadzania psów na plażę obowiązuje
od 1 marca do końca października.
Z natury jestem buntowniczką i trudno
narzucić mi prawo które uważam za bzdurne (przy okazji proponuję
zakaz wprowadzania dzieci które produkują również sporo odchodów
o których sprzątaniu rodzice zapominają, albo przynajmniej
prowadzenie ich na smyczy bo bywają bardziej szalone niż stado
labradorów) więc i tym zakazem się nie przejęłam. Ba, byłam
gotowa nawet zapłacić mandat za cenę pokazania psu morza. Na
szczęście nic takiego nas nie spotkało.
Straż miejską widzieliśmy raz, nie
byliśmy wtedy na plaży. Spotykaliśmy natomiast tam sporo innych
psiarzy ze swoimi podopiecznymi co dodało nam odwagi. Po kilku
dniach chodziliśmy bez skrępowania po plaży ciesząc się dość
wietrzną pogodą.
Podejrzewam że fatalne zejście do
plaży skutecznie zniechęcało mundurowych do częstego patrolowania
. Trzeba przyznać że było dość niebezpieczne, kilkaset
drewnianych, nierównych i osuwających się spod stóp stromych
schodów nie należało do zalet, wielekroć w duchu modliłam się
do wszystkich możliwych bóstw by nie poniosła Larego wyobraźnia i
by nie ściągnął mnie ze schodów bo oboje przypłacilibyśmy to
życiem.
Zastanawia mnie dlaczego obowiązuje
zakaz wprowadzania psów na plażę i skąd on się wziął.
Sprzątanie po psie szczególnie tam, gdzie bose stopy bezpośrednio
stykają się z podłożem powinno być rzeczą oczywistą i
bezdyskusyjną. Tym bardziej że sam właściciel przy odrobinie
pecha może wdepnąć z kupę własnego psa, nie mówiąc już o tym
że zapewne nie mógłby przejść obok psiej kupy obojętnie bo inni
plażowicze by mu tego nie darowali.
Reakcje na Larego były tylko
pozytywne, nie spotkałam się z ani jednym krzywym spojrzeniem mimo
że Laremu zdarzyło się szczekać z podekscytowania. Sytuacja była
odwrotna, wywoływał na twarzach ludzi a szczególnie dzieci
uśmiechy, był zaczepiany i głaskany i nikomu nie przeszkadzała
jego obecność.
Liczę że z czasem mentalność ludzi
się zmieni, że zaczną przywiązywać większą uwagę do
wychowania swoich psów i sprzątania po nich. Wtedy może nasz kraj
otworzy się bardziej na ich obecność i my, psiarze będziemy mogli
przebywać w miejscach publicznych nie narażając się na
nietolerancję.

KSIĄŻKI !

Niezaprzeczalną atrakcją Jastrzębiej
Góry były ogromne namioty z tanimi książkami. Można było tam
odkopać prawdziwe skarby za bezcen. W ten sposób stałam się
posiadaczką „Wszystko co usłyszałem od moich psów” Jona Katza
za całe 8 złotych, „Wspaniałej Gracie” za 12 złotych, „Co
Twój pies próbuje ci powiedzieć” Stalneya Corena za 12 złotych,
„Polski na czterech łapach” za 9 złotych oraz „250 ras psów”
Evy-Marii Kramer za 19 złotych (zawsze marzyłam o ilustrowanej,
ładnej książce o rasach psów, po latach spełniłam marzenie za
pół ceny 🙂 )
Było jeszcze wiele innych książek
które chciałam zdobyć ale trzeba było za coś jeść. Dlatego
wszystkim gorąco polecam takie letnie księgarnie bo można sporo
zaoszczędzić i zdobyć prawdziwe perełki.
Wyjazd mimo pogody był udany, Lary
chwalony przez innych gości oraz samą gospodynię za dobre
wychowanie (czy tyko ja w nim widzę diabła?) a my wypoczęci. Nie
obyło się jednak bez przygody którą opiszę za jakiś czas 🙂
Z pewnością mogę polecić Jastrzębią
Górę jako mini kurorcik nastawiony pozytywnie do psów, więc jeśli
niestraszne wam kilkaset stromych schodków do plaży a wasz pies nie
ma zwyczaju was po nich sprowadzać to z pewnością się tam
będziecie świetnie bawić 🙂
A po powrocie z domu czekała na nas
niespodzianka z Tchibo … 😉 już niedługo pojawią się pierwsze
recenzje!

Daj mi kobieto okrutna jeść!

– Wymień się. – z pewnością
pomyślał sobie Lary kładąc mi pod nogami swoją prasowaną kość,
kiedy ja jadłam zapiekankę z pieczarkami.


Jestem niemal pewna, że zawsze ma
wrażenie że jem coś z jakimś smakowitym mięsem, przecież
wegetarianizm jest dla niego pojęciem abstrakcyjnym. Poza tym
delektowanie się jedzeniem jest mu obce, wszystko w mgnieniu oka
połyka, nie zauważając czy to kawałek parówki normalnej, czy
sojowej.


Kiedyś mieliśmy taką zabawną
sytuację. Stałam wraz z moją mamą w kuchni i przyszedł do nas
Lary, mama wyciągnęła z lodówki takiego małego, grubego serdelka
i poprosiła o to, bym mu go dała. Laluś był tak podekscytowany
smakołykiem, że w mgnieniu oka połknął go w całości niczym
gigantycznych rozmiarów tabletkę, towarzyszyło temu takie zabawne
„chlup”. Najzabawniejsza w tym wszystkim była jego mina, był
zaskoczony i zdziwiony, nie miał pojęcia co się stało, i co
gorsza – gdzie podział się jego serdelek!


Często zastanawiam się, gdzie on to
wszystko mieści. Potrafi pochłonąć ogromną ilość jedzenia i
nadal być śmiertelnie głodny! I myślę, że przymykałabym na to
oko gdyby nie fakt, że labrador i to w dodatku kastrowany
rzeczywiście tyje. Lary co prawda nie wygląda jak okrągły klocek
z małą główką, ale jeżeli nie zastopujemy, to tak się stanie.



      Dlatego wprowadziłam w życie
dietę, już jakiś czas temu. Laluś dostaje połowę swojej
normalnej porcji, i do tego ma kategoryczny zakaz spożywania
wszelkiego rodzaju bułek, parówek, kawałków kanapek i wszystkiego
innego. I chociażbym ten zakaz wprowadziła pod groźbą śmierci,
lub wyprowadzenia się wraz z psem (bo po samej mnie nikt by nie
płakał) to i tak rodzina znajduje sposoby, na ominięcie go.
Efektem odchudzania psa było jego
przytycie, o 3 kilogramy! Mechanizm był prosty, ja Lalusiowi
ograniczałam jedzenie, rodzina nie mogąc patrzeć na głodującego
i marnie wyglądającego psa dawała mu więcej kanapek, bułek,
parówek i wszystkiego innego.
Cóż zatem począć? Jak odchudzić
psa? Przecież psom z nadwagą grozi nadciśnienie, cukrzyca, choroby
zwyrodnieniowe tak delikatnych stawów i problemy z sercem.
Sposób znalazłam nowy, choć bardziej
ode mnie wymagający (nie mówiąc już o biednym, umęczonym
Lalusiu – króliku doświadczalnym). Jeszcze więcej ruchu!
Bo kupując labradora byłam gotowa na
energicznego psa myśliwskiego, i tak też było. Lecz gdy Lary
przekroczył magiczne 3 latka, stał się potulnym kanapowcem. Nie
kryję z tego powodu rozczarowania, jestem ruchliwym człowiekiem z
natury i chociażbym spacerowała przez cały dzień, i zrobiła
kilkanaście kilometrów to zmęczenia nie odczuję.
Rower! To zbawienie dla nas obojga.
Rower skraca czas naszych wycieczek, bo czasu częstokroć brakuje,
ale zwiększa wysiłek fizyczny. I tak Laluś kilka razy w tygodniu
drepcze za rowerem, obok roweru, a czasem nawet pędzi na złamanie
karku przed rowerem.
Tylko jak skłonić leniwego,
kanapowego labradora to roweru? Sposób jest prosty, i zasługuje na
opatentowanie. Zbierać go na wycieczki rowerowe tam gdzie jest woda.
Laremu rower kojarzy się jednoznacznie z wycieczką nad jakiś
śmierdzący stawik, w Łodzi smródką nazywany. W efekcie czego mój
pies pozostawia w tyle wszystkie huskie, i nawet myślę że eurodogi
by mu pozazdrościły. I tylko moje hamulce mają problem z
opanowaniem pędzącego niczym gruby pocisk labradora, który ma cel
.
Jedyną wadą tego pomysłu jest droga
powrotna, zmęczonemu Lalusiowi do domu nie spieszno, toteż z
powrotem się wleczemy.
   A efekty tego odchudzania? Cały czas
na nie czekamy 😉 Lary znalazł sposób na zbieranie śmieci podczas
biegu przy rowerze, to pomysłowa i cwana bestia.

Wiosna, czujecie to?

Zima pod koniec ostro dała nam w
kość, było mroźno, ślisko i nieprzyjemnie. Nie wiem jak u Was,
ale u mnie wtedy spacery były przykrym obowiązkiem, również dla
moich psów.
     Wiosna ruszyła pełną parą,
jednego dnia było jeszcze zimno, następnego musiałam zdjąć
kurtkę bo było mi zbyt ciepło. Jestem typem człowieka, który nie
cierpi temperatury poniżej 10 stopni, i powyżej 20 dlatego
korzystam z tego, póki jest idealnie.
Obecne temperatury są idealne na
długie spacery, i treningi z psami. Póki nie jest jeszcze zbyt
ciepło.
Długodystansowe spacery pokonujemy
średnio co drugi dzień, jest to zazwyczaj ok 10 km a w tym atrakcje
takie jak łapanie frisbee, pływanie czy maniakalne uganianie się
za tenisówką. Tak, Lary ma świra na punkcie tenisówki, teraz
pracuję nad tym, by mógł za nią wykonywać polecenia ale
skupienie się na nich jest dla niego piekielnie trudne, kiedy widzi
w moich rękach piłkę.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie
skorzystała z pogody i odpowiedniej temperatury, i nie wyciągnęła
ze strychu roweru. I tak już pierwsze zakwasy za nami. Zaczęliśmy
od skromnych 2,5 km, na dzisiaj mamy plany na 6,5 km do przebycia.
Historia naszej wspólnej miłości do roweru i do bikejoringu to
materiał na osobną notkę, która niebawem się pojawi 🙂
     Zaczęliśmy również treningi
frisbee, ja się uczę rzucać, Lary uczy się odrywać zad od ziemi,
czasem mu się udaje. Wiem że mistrzem frisbee nie będzie, ale
zawsze cieszę się jak głupia i klaszczę w ręce kiedy podskoczy i
złapie dysk. Dodam, że Lary jest prawdopodobnie jedynym psem na
świecie, który łapie frisbee łapami – poważnie! Wczoraj
próbowałam nagrać jak to robi, ale się nie udało, ale obiecuję
że nagram to i pokażę.  

      Jednak największą atrakcją jaką
mogę zafundować psu każdej wiosny jest pływanie. Dla każdego
(albo przynajmniej większości) labradora woda to największa pasja
i wariactwo. Lary kiedy wie, że w okolicy jest jakiś stawik siłą
próbuje mnie tam zaciągnąć, nie ma możliwości by wybrać inną
drogę. Najpiękniejsze w tym wszystkim są jego skoki do wody,
radosne pluskanie się i nurkowanie. Nie potrzebuje powodu by
wskakiwać do wody, po prostu to robi i już, chociaż stojąc już w
wodzie zawsze patrzy na mnie wymownie, żąda rzucenia mu piłki.
     Bardzo chciałabym tego lata
spróbować swoich sił w dogtrekkingu, nie wątpię w to, że Lary
sobie poradzi, zastanawiam się czy ja dałabym radę. Uwielbiam
spacerować, mogę robić to przez całe dnie i się nie zmęczyć.
Niebawem mam urodziny, być może uprząż to coś, co sobie z tej
okazji sprawię i odwiedzę las Łagiewnicki.  
A Wy? Co robicie ze swoimi psami?

Dlaczego zostałam wege

W życiu przychodzi czas w którym potrzebujemy zmian, z różnych powodów. Ja takiej zmiany potrzebowałam od dawna. Zostałam wegetarianką i świetnie się z tym czuję.
    Od zawsze, a w zasadzie od kiedy stałam się bardziej świadomym konsumentem i dowiedziałam się, skąd się bierze mięso czułam zaniepokojenie moralne związane ze spożywaniem go. Jako miłośniczka psów, kotów, szczurów, myszy i w zasadzie wszystkiego co biega, pełza, skacze i lata czułam się potwornie z tym, że przyczyniam się do śmierci tych istot. Jestem typową mieszkanką miasta, nie mam nawet rodziny na wsi więc zobaczenie krowy czy świni to było dla mnie egzotyczną przygoda. Jednak zawsze gdy spotkałam któreś ze zwierząt gospodarskich nie patrzyłam na nie tak, jak zazwyczaj patrzą na nie ludzie – jak na zwierzęta gospodarskie. Widziałam i widzę do tej pory w nich cudowne stworzenia o własnym charakterze, o niepowtarzalnej duszy i ogromnej woli istnienia.
  Nie potrafię i nie chcę próbować zrozumieć faktu, dlaczego jedne zwierzęta są przez nas kochane, chronione prawami, a drugie są przez nas zabijane i nie posiadają żadnych praw. To tzw. gatunkowizm lub szowinizm gatunkowy.
    W tym miejscu chciałabym powiedzieć wszystkim, którzy wierzą w humanitarny ubój że nie ma czegoś takiego.
Po pierwsze – produkcja mięsa to ogromny przemysł na ogromną skalę, czy naprawdę ktoś myśli, że zwierzęta są tam traktowane dobrze, z należnym im szacunkiem a ich śmierć jest szybka i bezbolesna? To bzdura. Zwierzęta są w brutalny sposób transportowane, później siłą wyciągane z ciężarówek i wpychane do obozu koncentracyjnego ładnie zwanego zakładem mięsnym. Następnie bite i popędzane, całkowicie świadome idą na śmierć patrząc, jak inne zwierzęta giną. Doskonale wiedzą że stamtąd nie wyjdą a ich ostatnie chwile są pełne strachu i cierpienia.
Po drugie – czy naprawdę humanitarny ubój istnieje? Nazwijmy rzecz po imieniu, czy można zamordować kogoś humanitarnie? Czy jeżeli zamorduję dziś człowieka w sposób dla niego bezbolesny to nie zostanę ukarana? Czy naprawdę te zwierzęta chcą umrzeć? Myślę że nie.
    Co do samego bycia wegetarianinem, chcę rozwiać wątpliwości wszystkich, którzy się wahają lub uważają że to samobójstwo dla naszego organizmu.
Bycie wegetarianinem nie grozi nam anemią, śmiercią głodową, niedoborem czegokolwiek. Przeciwnie, utrzymuje nasze ciało w zdrowiu, oczyszcza je od negatywnych skutków jedzenia mięsa. My naprawdę nie potrzebujemy mięsa do tego by żyć. Poza tym to mięso które kupujemy w sklepach to nic innego jak kawał martwego zwierzaka, naszpikowanego przez śmiercią antybiotykami a następnie obrobionego jeszcze chemicznie.
Również nasza budowa wskazuje na to, że jesteśmy bardziej roślinożercami niż mięsożercami.
    Zostanie wegetarianinem może wydawać się czymś niewiarygodnie trudnym, wydaje nam się że wymaga to ogromnego poświęcenia. To nie jest prawdą. Zostanie wegetarianinem jest dziecinnie proste. Rezygnujemy tylko z jedzenia mięsa, nie jest to końcem świata ani ogromnym wyrzeczeniem, biorąc pod uwagę fakt, że możemy zastąpić to mięso wieloma innymi produktami. W sklepach ogólnodostępne są kotlety sojowe a’la schabowe, ich koszt to ok. 2.90 – 3.20 zł w zależności od firmy i sklepu. Można również kupić lub zrobić sobie samemu kotlety jajeczne, są banalnie proste i wegetariańskie. W supermarketach możemy dostać produkty sojowe dwóch firm (póki co tyle znalazłam) – polsoja i orico.
Firma Polsoja oferuje sery tofu, parówki sojowe, wędliny sojowe, nuggetsy i sznycle wegetariańskie a nawet pasztety które smakują nawet lepiej niż te ze zwierząt. Natomiast firma Orico ma dla nas w swojej ofercie kotlety sojowe z pieczarkami, o smaku kurczaka, mielone, flaczki sojowe, przepyszny gulasz sojowy, danie meksykańskie i również parówki. Oferuje również napoje sojowe, pasztety i pasty dla wegetarian oraz standardowo sery tofu.
Oprócz tego wszystkiego jest wiele przepisów na dania wegetariańskie które można przyrządzić mając małe doświadczenie w gotowaniu.
    Uważam że bycie wegetarianinem jest pierwszym krokiem do zostania weganinem. Weganizm polega na odrzuceniu wszystkich rzeczy przy produkcji których zostały wykorzystane zwierzęta. Rezygnujemy więc nie tylko z mięsa, ale również z mleka, jajek, miodu oraz z jedwabiu, ubrań ze skóry czy futer, kosmetyków testowanych na zwierzętach, rozrywek typu zoo czy cyrk. Jest to o wiele radykalniejszy i trudniejszy krok.
Picie mleka czy jedzenie jogurtu jest tak naprawdę tym samym, co zjedzenie mięsa. Krowy dające mleko w ogromnych mleczarniach muszą bez przerwy rodzić cielęta, które są bardzo wcześnie im zabierane by więcej mleka zostało dla nas. Gdy przestają dawać odpowiednio dużo mleka są po prost zabierane do rzeźni gdzie kończą swoje smutne życie, przepełnione bólem po utracie swoich dzieci. Jedzenie jaj jest równoznaczne z godzeniem się na trzymanie kur w ciasnych klatkach, w całkowitych ciemnościach i ucinaniem im dziobów by nie zrobiły sobie nawzajem krzywdy.
Czy naprawdę zjedzenie jajka czy napicie się mleka jest warte tylu cierpień?
  Na koniec zamieszczam kilka filmików które lepiej zobrazują to wszystko, co chciałabym Wam przekazać. Jeżeli ktoś ma ochotę na dyskusję, proszę – niech zapozna się z tymi filmami. Nie są to filmy pokazujące cierpienie i mordowanie zwierząt, chociaż ostrzegam że i to się może przez nie przewinąć. Są to bardziej filmy informacyjne.
Wykład Garego Yourofskyego, otwiera oczy, warto obejrzeć
Weganizm a zdrowie
Świnia to też istota czująca
Zostań wege na 30 dni
Na koniec ciekawostki:

– Spożywanie przetworów mięsnych i czerwonego mięsa jest związane ze zwiększonym ryzykiem cukrzycy typu 2 o odpowiednio 41% i 21%.
– Wegetarianie są zazwyczaj szczuplejsi niż osoby spożywające mięso. Weganie wypadają pod tym względem jeszcze korzystniej.
– Stosowanie diety wegetariańskiej może zmniejszać ryzyko cukrzycy typu 2.
– Spożycie czerwonego mięsa i przetworów mięsnych jest potwierdzonym czynnikiem ryzyka rozwoju raka jelita grubego.
– Specjalnie zaplanowane diety wegetariańskie są użyteczne w leczeniu niektórych chorób. Niskotłuszczowa, prawie-wegańska dieta jest stosowana w leczeniu choroby niedokrwiennej serca (jest to refundowane przez amerykański system opieki zdrowotnej jako alternatywa dla bypassów!) i cukrzycy typu 2.
– Wegetarianie mają niższe ryzyko zaćmy niż ogólna populacja, a weganie jeszcze niższe.
– Wegańscy mężczyźni mają wyższe stężenia testosteronu niż wegetarianie i mięsożercy, pomiędzy którymi nie ma takich różnic. Nie czyni to ich automatycznie super-samcami – mają oni także wyższe poziomy białek
wiążących hormony płciowe, przez co ogólny wpływ tego hormonu jest podobny jak w pozostałych grupach.
– Stosowanie diety wegetariańskiej może zwiększyć długość życia. Wegetarianie w krajach zachodnich żyją dłużej i rzadziej zapadają na choroby cywilizacyjne niż ogólna populacja.
– Umieralność w wyniku chorób serca jest o 32% niższa wśród wegetarian niż ogólnej populacji. W dostępnych badaniach, nawet okazjonalne spożycie mięsa (mniej niż raz w tygodniu) wiązało się z gorszymi wynikami, a korzyści odnosiły osoby będące wegetarianami co najmniej pięć lat.
– Spożywanie przetworów mięsnych jest związane ze zwiększonym o 42% ryzykiem chorób serca.
– Podczas 17-sto letniej obserwacji kalifornijskich wegetarian, naukowcy zauważyli, że w przypadku włączenia do diety wegetariańskiej mięsa raz w tygodniu, długość życia ulegała skróceniu o 3,6 lat – głównie w wyniku udaru i choroby niedokrwiennej serca.
– Wegetarianie mają znacząco niższe stężenia cholesterolu niż ogólna populacja, a weganie jeszcze niższe.

Dokładnie 3 lata temu, o godzinie 12 moje życie zmieniło się o 180 stopni. Po 10 latach zbierania informacji, oglądania zdjęć, czytania książek, jeżdżenia na wystawy i przede wszystkim marzeń, do mojego domu trafił wtedy 6cio miesięczny biszkoptowy labrador z hodowli Sfora od Wiktora.

  Pamiętam jakby to było wczoraj. Małe (jak na labradora), niezgrabne i żarłoczne tornado przetoczyło się przez mój dom. Zjadł chyba wszystkie suche bułki jakie wyszperał w kuchni, ukradł mojego pluszowego misia, wskoczył na biurko szukając jedzenia a na koniec zrobił na środku pokoju ogromną kupę. Nie przejął się ani trochę wściekłym na niego Ajsem, był tak zajęty szukaniem skarbów w swoim nowym domu, że nie zauważył nawet mnie.  
Gdy jego hodowcy wychodzili od nas, Lary leżał i nigdzie się z nimi nie wybierał, postanowił zostać z nami. Ani razu nie zapiszczał za swoim starym domem, dostosował się od razu, ale czemu się dziwić? To przecież labrador.

  Pierwsze miesiące utwierdziły mnie w tym, że cała moja dotychczasowa wiedza jest przydatna, ale nijak ma zastosowanie w praktyce. Cała moja koncepcja „pozytywnego właściciela” legła w gruzach przy tej małej, cwanej bestyjce. Przez te 3 lata przeżyłam z nim więcej, niż kiedykolwiek w życiu – obóz z psem na którym nauczyłam się w ciągu dwóch tygodni więcej, niż przez całe życie, wystawy na których utwierdziłam się w fakcie, jak bardzo beznadziejną jestem handlerką, zdobyłam mięśnie dzięki czemu nie straszne mi prowadzenie na smyczy wielkich psów, poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, zwiedziłam miasta w których bez psa moja noga by nie stanęła. Zaangażowałam się w pomoc zwierzętom, zmieniłam moje podejście do pracy z psami, nauczyłam się radzić sobie ze swoimi emocjami, zostałam wege. Do tego wszystkiego zaprowadził mnie właśnie ten pies.
Żałuję jedynie, że czas tak szybko leci, że zmieniło się tak dużo, ale tak mało tego czasu jest nam dane. Chciałabym zatrzymać ten czas i pozostać w ty miejscu, w którym jesteśmy. Póki co pozostaje mi spełnianie obietnic danych mojemu psu. Zrobić prawo jazdy, uzbierać na działkę na której będzie mógł się do woli wyhasać, kupić mu szarpak.
_______________________________________________________________
  Chciałabym przeprosić za długą ciszę na blogu, oraz za maile pozostawione bez odpowiedzi, dużo się dzieje i czasem brakuje mi czasu. Nie chcę przez to zaniżyć poziomu merytorycznego bloga . Niebawem pojawi się recenzja „Drugiego końca smyczy” oraz dłuższy artykuł o weganizmie okraszony filmami.  

Z prawej strony bloga pojawiły się reklamy. Będę wdzięczna wszystkim za klikanie w nie. Niestety popsuł mi się aparat i brakuje mi zdjęć które mogłabym wstawiać na bloga, i uzupełniać nimi wpisy. Niestety mój aparat był wiekowy, jego naprawa przekracza jego obecną wartość, dlatego muszę uzbierać na nowy. Będę wdzięczna każdemu za kliknięcia.