Poznaj zdanie swojego psa na kursie!

Świadomość i odpowiedzialność osób biorących na swoje barki opiekę nad psem z roku na rok rośnie. Bardzo mnie to cieszy! Jeżeli należysz do tych osób i pragniesz wychować swojego psa na grzeczne i kulturalne stworzenie, zbudować z nim zdrową, opartą na przyjaźni relację i zdobyć jego zaufanie – przyjdź na kurs, nie gryziemy! Pokażę Ci, jak zrozumieć psa i dogadać się z nim. Twój pies będzie Ci za to wdzięczny.


Psie przedszkole


Startujemy już w kwietniu! Już wkrótce na stronie pojawią się szczegóły. Tymczasem miejcie rękę na pulsie i zaglądajcie na stronę.


Podstawówka – kurs posłuszeństwa dla początkujących


Jeżeli marzysz o grzecznym psie z którym zbudujesz więź niczym w hollywoodzkich filmach, to jesteś w odpowiednim miejscu!

Kurs posłuszeństwa dla początkujących “Podstawówka” skierowany jest do osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z psem i chcą nauczyć się poprawnej komunikacji i tajników pracy z najlepszym przyjacielem człowieka.
Zajęcia staną się Twoim pierwszym krokiem ku zbudowaniu wspaniałej relacji z psem, opartej na zrozumieniu i zaufaniu. Dzięki udziałowi w tym kursie poznasz lepiej swojego psa i nauczysz się z nim pracować tak, by wasze wspólne życie nie było udręką i pasmem niepowodzeń, a szkolenie stało się przyjemnością i świetną zabawą.


Psie liceum – kurs posłuszeństwa II stopnia


Startujemy już w marcu! Już wkrótce na stronie pojawią się szczegóły. Tymczasem miejcie rękę na pulsie i zaglądajcie na stronę.


Chcesz do nas dołączyć? Nie ma problemu! Wypełnij formularz – odezwę się najszybciej jak się da.

Wielki powrót

To powinno być miejsce na ckliwy tekst o tęsknocie, żalu i porzuconych nadziejach. Ale nie będzie, bo nadzieja wcale nie jest matką głupich, ale z pewnością umiera ostatnia!

Nie było mnie

Bardzo długo mnie zresztą nie było. Chciałabym napisać, że w tym czasie zdążyłam wyjść za mąż, urodzić dzieci i wybudować wielki dom ale to też się nie wydarzyło. A to oznacza, że wcale nie było mnie aż tak długo – logiczne.
Zniknęłam, jak kamfora, kamień w wodę czy David Copperfield (czy młodsze pokolenie pamięta jeszcze tego gościa?). Ale tak naprawdę nigdzie nie zniknęłam, bo dalej gdzieś tam byłam. Dalej robiłam to, co lubię (z mniejszym lub większym zaangażowaniem) – działałam w Dynamitach, jeździłam na seminaria, wzięłam nawet udział w zawodach agility wraz z Zivą (na frisbee nadal brakuje nam(mi) cohones). Ziva czuje się świetnie. Dostarcza mi mnóstwo materiału i dba o to, bym miała o czym pisać. Jest zdrowa jak ryba (przynajmniej na ciele).

Larego nie ma naprawdę

Od ponad roku. Możecie o tym przeczytać we wpisie poprzedzającym ten – „Wspomnienie Larego”. Ostrzegam, jest niesamowicie długi i ckliwy. Wylałam to wszystko, co w mojej głowie siedziało i koszmarnie się bałam, że mi kiedyś umknie. Utwierdziło mnie to w tym, że pisanie jest najlepszą terapią. Choć nie ma Larego już ze mną to podejrzewam, że z bloga jeszcze długo nie zniknie.

Powrót Zdaniem Psa…

był procesem. Bardzo długim i czasochłonnym. Przeniosłam bloga na wordpressa, odzyskałam domenę, wykupiłam serwer, dostosowałam szablon do moich potrzeb, napisałam od nowa treści zakładek i nadal dopieszczam pewne elementy. Pojawił się newsletter, za pomocą którego będę miała dla was dużo do zaoferowania. Głowa pęka mi od pomysłów na ile sposobów mogę go wykorzystać i co mogę wam dać. Warto się do niego zapisać. Nic nie stracicie, a możecie dostać fajne rzeczy! A jak się wam nie spodoba, to możecie po prostu z niego się wykreślić, dodać do spamu czy innej czarnej otchłani.

Blog przeszedł również mały rebranding (tak to się chyba fachowo nazywa). Zostałam przy starych kolorach bloga – zieleń, brąz i odcienie beżu. Z pewnością rzuci wam się w oczy nowe logo. Jest dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłam – minimalistyczne, została zachowana chmurka i najważniejsze, jest na nim Lary. Wiadomo, Lary jest duszą tego bloga i jego symbolem. To z jego powodu zaczęłam pisać. To on jest głównym bohaterem większości wpisów, które popełniłam. Wiedziałam, że nie wyobrażam sobie innego loga niż z nim i jest! Dlatego zawsze, gdy popatrzycie na nasze logo pamiętajcie, że to on. Nieśmiertelny Lary.

Pora na podstawówkę!

Przez ten czas coś się jednak zmieniło. To może mały krok dla ludzkości, ale wielki dla mnie. Nie przychodzi mi teraz do głowy żadna piosenka o spełnianiu marzeń i pokonywaniu swoich słabości, ale jeżeli wam tak, to odpalcie ją sobie w tym momencie. Od pewnego czasu prowadzę zajęcia. Takie fajne, bo to zajęcia dla psów i ich ludzi. Za namową koleżanek z klubu do których przychodziły na treningi ludzie i ich psy o ogromnych chęciach i potencjale, ale zerowej wiedzy stworzyłam swój pierwszy kurs. Napisałam swój program zajęć, taki, jaki uznałam że jest potrzebny. Skonsultowałam go z dziewczynami, zaczerpnęłam języka, odświeżyłam wiedzę i oto jest! Podstawówka! Pierwszy i jak na razie jedyny kurs, na który możecie się zapisać.
Do tej pory kursy odbywały się w ramach naszego klubu Dynamite Dogs, ale jeżeli rzucicie okiem na TEN wpis, albo pokierujecie się do zakładki „SZKOLENIE” w menu w prawym górnym rogu strony, to zobaczycie największą zmianę jaka tutaj się dokonała. Od teraz szkolenie będzie odbywało się pod szyldem Zdaniem Psa, przy nieodzownej współpracy z klubem Dynamite Dogs, który współtworzę od samego początku – od 2014 roku. Wkrótce oferta zajęć ulegnie rozszerzeniu, a informacje i zapisy będą łatwiejsze do znalezienia bo przez cały czas będą tutaj.

Jeżeli chodzi o sprawy nie związane z kynologią, to jak już mówiłam. Nie wybudowałam domu ani nie urodziłam gromadki dzieci, a jednymi z moich większych osiągnięć jest zdanie prawka i ogarnięcie jak się robi paznokcie hybrydowe. Pojawiło się kilka dodatkowych kilogramów, o kilka centymetrów urosły mi włosy, a Ziva z papisia zamieniła się w dzidzię-piernik, bo w maju kończy 6 lat, a nadal zachowuje się jak szczeniak.

Także wróćcie do nas, zostańcie z nami i jesteśmy w kontakcie!

Wspomnienie Larego

Gdyby Lary był pojazdem, byłby czołgiem. Ale w dziale zamiast amunicji miałby brokat i watę cukrową, bo był tak słodkim i uroczym stworzeniem. Urodził się w 2008 roku i był ze mną niemal 10 lat. Zabrakło nam miesiąca do świętowania urodzin.

Lary, Laryszard, Laleczka, a przede wszystkim Jajo… przesympatyczny, żółty labrador, jak z filmów Disneya. Stworzenie całkowicie bezpretensjonalne, pogodne, radosne i zawsze szczęśliwe, bez względu na miejsce i sytuację. Prawdziwy przyjaciel, kompan, stróż. Choć był łagodny jak baranek, udowodnił mi kilka razy w życiu, że nie pozwoliłby mnie skrzywdzić. Jedną taką sytuacją byli robotnicy, którzy kiedyś w niewybredny sposób komentowali moją urodę i zaczęli gwizdać. Lary wtedy cały się zjeżył, uniósł do góry ogon i z groźnym warkotem minął ich przy mojej nodze. Czułam się przy nim bezpiecznie, choć sama zawsze byłam gotowa go bronić.



Był inspiracją tego bloga i zawsze będzie jego duchem. Był moją labRADOŚCIĄ, a czasem labraDOŚĆią. Jego szare komórki były z betonu i czasem ciężko było się przez nie przebić, ale to nie ma już znaczenia, bo pokochałam go z całym arsenałem jego wad. Jego oczy na widok jedzenia zamieniały się w szkliste trójkąty a’la illuminati, a gdy miałam w ręku dla niego coś do jedzenia kulił uszy, jego oczy stawały się wielkie i błyszczące tak, że wyglądał jak młoda foka. Wyobraźcie sobie ten widok – mała głowa, skulone, niemal niewidoczne uszy, ogromne, brązowe oczy i tłuściutki tułów.
Był niczym nie zmąconą taflą jeziora. Niczego się nie bał, nic nie potrafiło go wzburzyć, choć w towarzystwie psów uwielbiał zgrywać ważniaka i twardziela.
Był moim cieniem. Nie był może w tym zbyt profesjonalny, bo o prawdziwy cień się nie potykam robiąc krok wstecz lub odwracając się, ale nikt przecież nie mógł mu zabronić mu bycia cieniem-amatorem.
Każdemu był przyjacielem. Czuły się bezpiecznie i komfortowo przy nim zarówno koty, dzieci jak i ludzie psio-sceptyczni. Po prostu roztaczał wokół siebie aurę poczciwego, nienarzucającego się kumpla, który zawsze odwdzięczy się za okazaną mu życzliwość.
Był typowym labradorem – twardym, upartym, żarłocznym. Te wszystkie na pozór niekorzystne cechy ubrane były w urocze i dobroduszne usposobienie. Lary nigdy nie miał złego dnia, na życie patrzył przez różowe okulary, a jego ogon był zawsze w ruchu. Czasem tylko trochę mocniej, wtedy ten tryb nazywaliśmy „śmigiełkiem”, bo zataczał nim koła w powietrzu.



Kochał wodę, uwielbiał pływać. Potrafił sam sobie rzucać do niej zabawki tylko po to, by po chwili je wyławiać. Na początku jego przygody z pływaniem musiałam wpuszczać go do wody na długiej linie, by móc go z powrotem odholować. Nie bardzo chciał z niej wychodzić, a ja potwornie się bałam, że się w końcu utopi. Całe szczęście podczas następnego sezonu lina była już zbędna, bo Lary nauczył się dobijać do brzegu z własnej woli.
Równie mocno kochał jedzenie. Gdy musiał przyjąć jakieś leki, a przyjmował ich w pewnym momencie sporo, wystarczyło rzucić mu tabletkę i łykał ją w locie bez zastanowienia. Gdy przychodziło nauczyć go nowej sztuczki, nie mógł się na niej skupić, bo tak pragnął nagrody. Kiedyś połknął grubego serdelka. Tak zachłannie go chwycił, że tylko było słychać krótkie zassanie, chlupnięcie, a następnie serdelek w niewyjaśnionych dla Larego okolicznościach zniknął. Był w takim samym szoku co my i widocznie rozczarowany, bo nie poczuł smaku. Nikt z nas się nie spodziewał takiego obrotu spraw.

Z wiekiem przestał być miłośnikiem spacerów. Ze mną co prawda rzadko stosował sztuczki, bo starałam się zapewnić mu atrakcje i wiedział, że cwaniakowanie nie przejdzie. Natomiast gdy wychodził z kimś innym, szybko załatwiał swoje potrzeby, łapał za smycz i siłą zaciągał delikwenta do domu. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie było widmo zbliżającego się posiłku – śniadania albo kolacji. Nie dało się go oszukać w tych sprawach.

Był też kolekcjonerem kasztanów. Traktował to zajęcie bardzo poważnie. Gdy tylko nadchodziła jesień, Lary niemal obsesyjnie zbierał kasztany. Na moje nieszczęście wszystkie pobliskie ulice były obsadzone właśnie kasztanowcami. Lary miał bardzo sprecyzowane oczekiwania względem obiektów mających znaleźć się w jego kolekcji. Nie powiem wam jakie, bo nie mam pojęcia jakimi kryteriami się kierował, ale potrafił długo w nich przebierać, wybierać a nawet wymieniać, jeżeli znalazł lepszy kasztan od tego, w którego był posiadaniu. Z biegiem lat jego warsztat się doskonalił. Z początku podejmował jeden, góra dwa kasztany, potem rekordowo potrafił złapać ich sześć. Wszystkie przynosił do domu i wypluwał w przedpokoju. Ja je zbierałam i odkładałam do specjalnego koszyka. Dziś na jego grobie stoi słój z kasztanami, które dla niego uzbierałam tej jesieni. Były dla niego naprawdę bardzo ważne.


Był stworzeniem niezwykle towarzyskim. Miał swoich psich i ludzkich przyjaciół. Zdobywał ich naturalnie za sprawą swojego niekwestionowanego uroku osobistego. Latem zbierałam go na plotki z przyjaciółką i pizzę w ogródku – zawsze dostawał brzegi. Potrafił się również zachować w restauracjach jeżeli znaleźliśmy taką, która nas przyjęła. Towarzyszył mi również w studenckich wypadach do pubów, gdzie od znajomej barmanki dostawał szynkę do tostów. Chodził również do liceum, pomagając zbierać pieniądze na schronisko, a także na zajęcia na studiach, bo miał fanki również wśród wykładowczyń. To zabawne, ale moja jedna wykładowczyni pomagała go przemycić na wydział tak, by nie widziała go ochrona. W tym celu cała grupa zasłaniała go i przemykaliśmy na piętro.

Zdarzyło mi się kiedyś przebiec z nim na czerwonym świetle, i pechowo dostrzegła to policja. Zawołali nas do radiowozu. Lary wtedy wskoczył przednimi łapami opierając się o otwarte okno radiowozu i wsadził uśmiechnięty łeb do środka by się przywitać. Skończyło się na pouczeniu 🙂 Lary bardzo lubił jeździć samochodami. Wskoczył kiedyś do auta kobiecie, która się obok nas zatrzymała i otworzyła drzwi, żeby zapytać o drogę. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw i bardzo ją to rozbawiło.

Zresztą, urok Larego nie raz bardzo nam pomógł, bo Lary często stawiał mnie w żenujących sytuacjach. Na przykład kiedyś mijaliśmy Biedronkę, Lary człapał bez smyczy i nie było szans bym przewidziała, co zaraz się wydarzy. Otóż, że sklepu wyszła mała dziewczynka wraz z mamą, na oko 2-3 letnia. Była idealnie wzrostu Larego, a w dłoniach trzymała bułkę. Lary bardzo spokojnie, bez skrępowania do niej podszedł, radośnie zamerdał ogonem i wyjął jej z rączek bułkę a następnie na oczach dziecka i matki ją spałaszował. Myślałam, że spłonę ze wstydu. Przysięgam – gdybym nie miała wtedy smyczy w dłoniach, po prostu bym go tam zostawiła i uciekła. Dziecko oczywiście się rozpłakało, ja miałam ochotę zacząć płakać razem z nim. Na szczęście pani Mama (którą pragnę tutaj serdecznie pozdrowić) roześmiała się i zaczęła tłumaczyć dziecku, że nic wielkiego się nie stało. Zaproponowałam odkupienie bułki, ale nie chciała. Skończyło się na pogłaskaniu złodzieja.

Mam z Larym mnóstwo przygód, historii i anegdot. Bardzo się boję, że kiedyś o nich zapomnę, że wylecą mi z głowy i je stracę. Boję się, że zapomnę szczegółów jego wyglądu, tego jak pachniał, jaką miał w dotyku sierść, jak to było go przytulać czy jak się witał rano, gdy jeszcze spałam (soczystym buziakiem prosto w twarz i w ten sposób mnie budził). Albo jak całą noc spał wtulony w moje nogi i przez wiele lat spałam nie zmieniając pozycji, bo nie miałam siły go unieść i się przekręcić i że totalnie mi to nie przeszkadzało.



Gdy zbliżała się rocznica jego śmierci miałam sen. To był naprawdę wspaniały sen. Jeden z tych snów, które mieszają się z jawą. Śniło mi się, że do mnie przyszedł. Znalazł mnie, mimo że byłam strasznie daleko od domu – w Białowieży. Poszliśmy na spacer, naszymi wydeptanymi ścieżkami spacerowymi wokół domu. Potem wróciliśmy do domku, w którym nocowałam. Położył się między mną, a moim chłopakiem Krystianem i wtulił się we mnie tak, jak zwykliśmy się tulić. Głowę trzymał na moim ramieniu, wydychając wilgotne powietrze na moją szyję i jakież to było realne uczucie! Czułam to jak wtedy, gdy był. Gładziłam go po plecach, głowie i uszach i przysięgam, doskonale czułam pod palcami zmieniającą się fakturę jego sierści – sztywną na plecach i mięciutką na głowie i uszach. W pewnym momencie, gdy zaczęłam się wybudzać powiedziałam do niego “Lary, musisz już iść”. Zeskoczył wtedy z łóżka i zniknął w drzwiach. Obudziłam się zdruzgotana.

Lary zmarł 9go sierpnia 2018 roku w nocy. Do dzisiaj nie wiemy co dokładnie było przyczyną tych wszystkich strasznych problemów zdrowotnych, jakie pod koniec życia go dotknęły. Ostatni tydzień spędziłam poświęcając mu każdą minutę, choć niestety większość z tych minut spędziliśmy pod kroplówkami. Zabrakło mu miesiąca i jednego dnia do skończenia 10 urodzin. Odchodził mając wokół siebie swoją rodzinę i przyjaciół, którzy nie zostawili nas w tych chwilach samych i dali nam ogromne wsparcie. Potem składali mnie do kupy, gdy byłam w rozsypce po stracie. Został pochowany na cmentarzu dla zwierząt. Często go odwiedzamy.

Tu nie będzie czarno-białych zdjęć. Takiego go zapamiętam: