Psy, których potrzebujemy

Są różne kategorie psów w życiu każdego psiarza. Jest na przykład kategoria “psy naszego życia”, które mamy wytatuowane w sercach, a czasem na naszych ciałach. Albo psy “rodzinne”, na których wychowanie mieliśmy niewielki wpływ, mimo najszczerszych chęci. Są też psy “znalezione” i “uratowane”, którym daliśmy drugą szansę.
Jest też taka specjalna kategoria, na którą chyba większość z nas trafiła, a mianowicie “psy, których potrzebujemy”. Są to zazwyczaj psy, których wychowanie nie należało do najprostszych i wymagało od nas dużych przemian i samorozwoju. Do takiej kategorii zalicza się Ziva.


Nie chciałam takiego psa


Ziva niedawno skończyła 6 lat i skłoniło mnie to do refleksji na temat naszej wspólnej przygody. Gdy ukończyła pierwszy rok swojego życia, zwyczajowo celebrowałam tę chwilę na facebooku, przy okazji wspominając o trudnej przeprawie jaką mi zafundowała. Hodowczyni Zivy napisała mi wówczas jedną, bardzo mądrą rzecz, która wryła mi się w głowę po dziś dzień:

“Czasem dostajemy psy nie takie, jakie chcemy, ale takie, jakich potrzebujemy.”


Tak właśnie było z Zivą. Nie chciałam takiego psa. Jest nadwrażliwa, lękliwa, nad wyraz reaktywna. Panicznie boi się ludzi, zawsze nerwowo obserwuje otoczenie.
Ale potrzebowałam takiej Zivy. Otworzyła mi oczy na to, jak skrajnie różne mogą być psy i jak wielkiej elastyczności wymaga praca z nimi. Dobry szkoleniowiec musi być szalenie kreatywny i otwarty na potrzeby i emocje psa z którym pracuje.

Lary był psem bardzo stabilnym, odpornym na presję i moje emocje. Doskonale sobie radził z moją frustracją, a sam nie znał takiego uczucia. Ziva natomiast fatalnie znosiła presję i moje niezadowolenie, które momentami sięgało zenitu. Nic dziwnego, kupiłam ją mając ambitne plany trenowania i startowania w zawodach, a tymczasem rozpaczliwie walczyłam o normalność.


Dobrego złe początki


Gdy była mała, bała się wszystkiego. Nie była jednym z tych ciekawskich szczeniaków, które z zainteresowaniem poznają świat i wszędzie ich pełno. Była wycofanym maleństwem, które przerażał ogromny świat. Gdy tylko wychodziłyśmy poza dom, kładła się i wciskała głowę gdzie tylko się dało jakby myślała, że gdy nie będzie patrzeć na świat, on nie zwróci uwagi na nią.

Rozwieję na tym etapie wszelkie wątpliwości – te zachowania nie pojawiły się w hodowli. Odwiedzałam ją kilka razy, zanim trafiła do mnie. Fakt, nigdy nie sprawdziłam jej w warunkach zupełnie dla niej obcych, oferujących więcej bodźców jak na przykład warunki miejskie, lub po prostu parking na stacji benzynowej. Świetnie sobie radziła w odizolowaniu od rodzeństwa, w nowych dla niej pomieszczeniach, poznając obce psy. Nie miała reakcji na dźwięki, nowe przedmioty poznawała w umiarkowanym zainteresowaniem. Wydaje się, że sprawdziłam więcej niż przeciętny człowiek kupujący psa. Życie jednak potrafi zaskakiwać. Pierwsze schody pojawiły się na nieszczęsnej stacji benzynowej, gdzie zrobiłyśmy krótki postój na psie siku – wtedy właśnie przywarła wystraszona do podłoża.

Ponieważ normalne spacery były poza naszym zasięgiem, szybko opatentowałam “nosidełko”. Był to duży plecak, który nosiłam z przodu, a w nim małą Zivę. To była najbezpieczniejsza forma poznawania świata. Gdy szczeniaki w jej wieku uczyły się przywołania i zabawy, ja po prostu chciałam by mój szczeniak przeszedł ze mną chociaż 5 metrów. Nieśmiało ćwiczyłyśmy w domu, zawsze przy zamkniętych oknach, bo dźwięki z zewnątrz bardzo ją rozpraszały i stresowały.


Przez kilka kolejnych miesięcy sytuacja zdawała się normować. Ziva zaczęła chętnie spacerować, skupienie i ćwiczenia nowych rzeczy wciąż na zewnątrz były trudne, ale starałyśmy się i to przepracować. Wciąż bała się bardziej uczęszczanych przejść dla pieszych, mijania sklepów (nawet, gdy były zamknięte) czy przystanków autobusowych, ale udawało mi się unikać tych miejsc i kontrolować środowisko tak, by małymi krokami starać się z nimi ją oswoić.

Gdy zaczęła dorastać pojawił się regres. Jej lęki zaczęły się pogłębiać i mieszać z typowymi dla rasy fiksacjami – zaganianiem aut, rowerzystów, dzieci, innych psów. Na sytuacje stresowe, jak na przykład ludzie zaczęła reagować ujadaniem i straszeniem “uważaj! złapię cię za kostkę!”. Połączone to było z outrunami i czajeniem się – bardzo borderowymi zachowaniami. Zachowywała się jak wiejski burek po raz pierwszy wypuszczony ze stodoły. Ludzie z politowaniem mnie pytali, czy to piesek ze schroniska. Ona wpadała wtedy w jeszcze większą panikę, bo ktoś się do nas odzywał, a ja szybko potakiwałam i starałam się uciec z tej sytuacji. Byłam z każdym dniem coraz bardziej zła i zmęczona, a ona czując to wprost proporcjonalnie się ode mnie oddalała.

Oddalała się dosłownie i w przenośni, bo wraz z dystansem jaki zaczynał nas dzielić rósł ten, jaki zachowywała ode mnie. Na zdjęciach ze spacerów z okresu, gdy miała 8-10 miesięcy widać jasną plamę w oddali – tak, to była Ziva. Odpowiedni dystans to było minimum 10 metrów, miała problemy z przywołaniem. Wolała ganiać ptaki i samoloty na niebie, lub krążyć gdzieś w oddali – tak sobie radziła ze stresem. A ja płakałam czując bezsilność, bo nie tak miało to wyglądać. Miała być małym, radosnym, bystrym szczeniakiem wpatrzonym we mnie, chętnym do zabawy i nowych zadań. Tymczasem była zalęknionym, autystycznym pieskiem, który w dodatku mnie nie lubił.


Trudna lekcja dopuszczania


Nasze początki agility również nie należały do cukierkowych. Gdy inne psy ćwiczyły pierwsze sekwencje, my stałyśmy 20 metrów dalej, na lince. Desperacko walczyłam o jej uwagę. Jest nawet takie piękne zdjęcie młodziutkiej, biegnącej Zivy. Nie byłoby w nim nic dziwnego gdyby nie to, że ciągnie na nim za sobą smycz. Wyrwała mi się wtedy z rąk i zaczęła biegać jak szalona. Ścigała się z psem sąsiada za siatką i goniła za ptakami na niebie, była totalnie odcięta od rzeczywistości. Kilka osób na placu bezskutecznie próbowało ją złapać.



Mogłabym mnożyć bez końca historie o tym, jak ciężko było i wyliczać, a w zasadzie odhaczać po kolei wszystkie problemy występujące w rasie (i nie tylko), które Ziva przejawiała. Bronienie zasobów, pasienie, zerowy aport wynikający z pasienia zabawek, brak koncentracji, nadwrażliwość na dźwięki -to tylko część problemów, z jakimi było nam się zmierzyć.

Ta historia miałaby przykry finał, gdybym nie przewartościowała swojej relacji z Zivą. Popełniłam dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze – moje własne wyobrażenia, plany i ambicje dotyczące naszej przyszłości negatywnie odbiły się na naszym kontakcie. Nie była moim wyobrażeniem ani wymarzonym psem, co powodowało we mnie rozczarowanie i frustracje, które następnie odbijały się na niej. Po drugie – zastosowałam na niej metody, które sprawdzały się na moim starszym psie, ignorując jej temperament i potrzeby, tak bardzo odmienne od tych, którymi operował Lary. Nie mogłam sobie przy niej pozwalać na wiele rzeczy, które przy Larym uchodziły mi na sucho.

Żeby uratować naszą relację i zbudować więź, musiałam pozbyć się jakichkolwiek oczekiwań i ambicji względem niej. To była moja pierwsza lekcja. Gdy tylko opuściły mnie stres i presja związane z treningami, zaczęliśmy obie czerpać z nich radość i osiągać drobne sukcesy.

Drugą lekcją była kontrola nad emocjami. Moimi emocjami. To była wielka praca nad sobą, musiałam nauczyć się opanowania, którego czasem mi brakowało. Ziva na tym etapie nie potrzebowała samokontroli, natomiast ja – bardzo. Jakakolwiek złość czy wybuchowość oddalała mnie od niej, a moim celem było przecież zbliżenie się do niej. Stosowałam różne techniki, gdy tylko miałam ochotę ukręcić jej głowę – liczenie do 10, ćwiczenia oddechowe, scrollowanie zabawnych stron z memami.

Trzecia lekcja jest jak trzecia faza po utracie czegoś – pogodzenie. Pogodziłam się z tym, że nie będzie do końca normalnie. Zaakceptowałam ją taką, jaka jest. Świadoma jej problemów i ograniczeń wynikających z ich występowania żyję z nimi i sobie z nimi radzę. Bo to nie jest tak, że wszystko można przepracować w 100% i problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiele problemów oczywiście można przepracować i nam się to udało. Mogę na przykład usiąść z nią nad brzegiem stawu w parku bez obaw, że pierwszy przechodzeń zostanie napadnięty przez ujadającą i krążącą jak świr Zivę. Ale nie mogę zagwarantować jej pełnego komfortu w tłocznych miejscach, ani przekonać jej, że absolutnie każdy człowiek na świecie jest fajny. Ona potrafi przekonać się do poszczególnych osób, co oczywiście wymaga pracy z każdą nowo poznaną osobą. Czasem nawet trochę generalizuje sobie ludzi, zwłaszcza tych w moim wieku, dzięki czemu szybciej do nich podchodzi, ale nigdy nie będzie tak, że pokocha cały świat. Nie musi go kochać, staram się to po prostu mieć to pod kontrolą i zarządzać jej rzeczywistością tak, by nie wpychać jej w sytuacje, które są dla niej szkodliwe.


Mistrzowie osiedla


Miałyśmy kilka przyzwoitych prób startów na zawodach, ale staram się ograniczać jej ten stres. Pierwszy bieg zwykle jest świetny, ale wraz z upływem czasu na zawodach narasta w niej stres i na kolejnych biegach ich jakość znacznie spada. Ziva świetnie radzi sobie na agility gdy nie ma wielkiej widowni. Naprawdę kocha to robić i sam fakt biegania jest dla niej nagrodą. Wróćcie teraz pamięcią do fragmentu tego wpisu, w którym opowiadałam o jej totalnym braku chęci do treningów i ucieczkach na placu.


Podobnie jest z frisbee, jesteśmy mistrzyniami osiedla i okolicznych parków. I tyle powinno nam wystarczyć. Ziva wspaniałe aportuje, choć aportu wcale nie miała. Wszak i z tej walki wyszłyśmy obronną ręką.

Ufamy sobie i wzajemnie się szanujemy. Ziva już nie ma problemu by do mnie wracać, wręcz przeciwnie – mimo jej dojrzałego wieku potrafi na spacerach z radością szczeniaka odwrócić się i we mnie wbiec z zaczepnym warkotem. Gdy się boi, a boi się nadal – szuka we mnie wsparcia, i to chyba nasz największy sukces.

Nikomu nie życzę takiego psa ale cieszę się, że ja na nią trafiłam. Dała mi ogromne doświadczenie i zmieniła moje życie. Nauczyła mnie cieszyć się niewielkimi sukcesami, które z czasem się zsumowują i stają jednym, ogromnym sukcesem. Nie wiem, jakby to wyglądało gdyby trafiła do kogoś innego, mniej doświadczonego. Słyszałam jedynie o jej siostrze, która ma olbrzymie problemy z koncentracją i bronieniem zasobów, a jedyną drogą do niej ponoć jest kolczatka, ale to tylko informacje z trzeciej ręki.

Dzięki niej uczę teraz ludzi cieszyć się z małych sukcesów i doceniać swoje psy, mimo ich wad i problemów jakie sprawiają. Wspólnie pielęgnujemy te mikro sukcesy i skupiamy się na zaletach, traktując wady jak małe przeszkody na drodze do celu. Myślę, że należy podchodzić do szkolenia psów z optymizmem, i czasem zdjąć sobie samemu nogę z gardła.


Warto było przejść tę drogę!

Jak kupić psa rasowego (i nie dać się oszukać)?

Kupno psa rasowego może wydawać się banalne. Zapewniam Cię, że nawet dla osób długo siedzących w kynologicznym środowisku nie jest to łatwe zadanie. Natomiast dla osób świeżych w tym temacie, które dopiero poszukują informacji może okazać się to drogą przez mękę. Począwszy od wielu różnych stowarzyszeń, które nie zawsze są z nami szczere, kończąc na forach, gdzie za zwykłe pytanie ludzie są gotowi Cię ukamienować.
I jestem ja. Ubrana cała na biało wyciągam rękę, by przeprowadzić Cię bezpiecznie przez to małe piekiełko.

Jeżeli stoisz przed trudem zakupu psa rasowego i szukasz pomocy, albo chcesz pomóc komuś i nie masz już siły po raz setny powtarzać tego samego – ten wpis jest dla Ciebie!

Wybór rasy


Przede wszystkim zastanów się, czy rzeczywiście potrzebujesz psa rasowego. Absolutnie nie namawiam Cię do adopcji, choć oczywiście jest to bardzo szlachetne. Natomiast wybierając psa rasowego musisz mieć świadomość, że rasy zostały stworzone w konkretnych celach. I tak border collie będzie bardzo aktywnym psem z predyspozycjami pasterskimi, a beagle będzie cechował się zamiłowaniem do węszenia i pewną niezależnością.
Dlatego decydując się na psa rasowego odłóż swoje preferencje estetyczne na bok. Rozumiem, że husky i jego piękne, błękitne oczy mogą na chwilę zawrócić Ci w głowie, ale czy jesteś w stanie zapewnić mu odpowiednio dużo ruchu? Jeżeli Twoim ulubionym sportem jest netflix & chill, to może lepiej wybrać psa, który podzieli Twoje zainteresowania?

Dlatego nie nastawiaj się na rasę, która po prostu Ci się spodoba wizualnie, albo stała się modna wśród gwiazd, tudzież na instagramie. Shiba i corgi super wyglądają na memach, ale czy aby na pewno to jest pies dla Ciebie? Przeczytaj możliwie jak najwięcej informacji na temat jej charakteru, predyspozycji i wymagań. Oceń obiektywnie swoje możliwości i zadaj sobie pytanie – czy jesteś w stanie sprostać wymaganiom tej właśnie rasy? Rezygnując z psa, któremu nie będziesz w stanie podołać wyświadczysz sobie i jemu przysługę. Pocieszę Cię – jest ponad 400 ras psów. Z pewnością wśród nich znajdziesz swoją bratnią duszę! Dlatego jeżeli kochasz spędzać życie na kanapie – nie bierz huskiego czy border collie, a jeżeli biegasz maratony – buldog francuski może Ci nie dotrzymać kroku.

Pamiętaj, że nie tylko aktywność jest wyznacznikiem tego, czy się dogadacie. Zwróć uwagę na zdrowie rasy i jej temperament. Jeżeli szukasz długowiecznego psiaka, który będzie się cieszył dobrą kondycją przez wiele lat, to olbrzymi molos może Cię rozczarować. A jeśli masz rodzinę z małymi dziećmi, to poszukaj rasy o wysokim progu pobudzenia i z natury łagodnym usposobieniu. To oczywiście nie zdejmie z Twoich barków potrzeby nadzoru i wysiłku wychowania psa, ale z pewnością ułatwi Ci zadanie.

Dlatego czytaj, pytaj, rozmawiaj z hodowcami i wybierz mądrze. Twoja decyzja będzie miała wpływ na Twoje życie przez następne kilkanaście lat!


Jaki rodowód?


W 2012 roku weszło prawo, które miało ułatwić nam życie. Wyszło jak zawsze… Przed 2012 rokiem świat był prosty. Albo się kupowało psa rasowego z rodowodem, albo psa “rasowego” bez rodowodu za 300 zł.
Nowelizacja ustawy sprawiła, że każdy pies rasowy musi mieć rodowód. Miało to uporządkować kwestie rozmnażania psów bez nadzoru. Zaraz po wejściu nowelizacji ustawy w życie zaczęto sprzedawać smycze za 300 zł + piesek gratis, a potem tzw. pseudohodowcy pootwierali swoje stowarzyszenia iiii… się zaczęło. Od tamtej pory nawet psy o wątpliwym pochodzeniu mają wydawane rodowody, a ludzie w ten sposób dają się łatwo nabrać. Nie wspominając już o tym, że cena psów z takim rodowodem poszybowała w górę.

Dlaczego unikać rodowodów z takich stowarzyszeń?

Umówmy się, pseudohodowca to nie tylko osoba, która trzyma psy w skandalicznych warunkach i o nie nie dba. To również osoba, która wykazuje się wysokim stopniem ignorancji rozmnażając psy, o których pochodzeniu nie ma zielonego pojęcia. Nie zagwarantuje Ci wtedy, że przodkowie psów, które rozmnaża na pewno są czystej rasy (a nie tylko podobne). Ani, że nie mają jakiejś przypadkowej domieszki, która może wyjść z następnym pokoleniu. Nie wie nawet, jakie choroby typowe dla rasy występowały w poprzednich pokoleniach, o ile w ogóle zdaje sobie z tego sprawę i zaprząta tym głowę. W zasadzie nie dostajesz żadnej gwarancji, że “hodowca” nie chce Cię oszukać.

Niecałe dwa lata temu zadzwonił do mnie brat i zapytał, czy mam trochę wolnego czasu. Postanowił kupić labradora i zaczął jeździć po “hodowlach” w całym województwie. Po kilku nieudanych próbach zakupu psa z miejsc, które nawet jego odstraszyły postanowił zadzwonić do mnie. Nieświadoma wsiadłam z nim w auto i pojechaliśmy do kolejnej hodowli z którą był umówiony. Gdy dotarliśmy na miejsce moim oczom ukazał się ładny, zadbany dom a w drzwiach powitała nas sympatyczna pani.

Szybko zweryfikowałam, że to nie jest hodowla ZKWP. Gdy zapytałam o rodowody, otrzymałam jeden dokument psa podstemplowany przez nieznany mi związek z praktycznie pustymi rubrykami w rodowodzie. Dokumentu drugiego rodzica pani nie mogła znaleźć. Zapytałam o badania stawów, bo to bardzo ważne przy zakupie labradora. Pani poczerwieniała i zaczęła się gorączkowo tłumaczyć, że nie wie gdzie je ma, ale że są i pieski są zdrowe. Po dłuższej chwili dała mi jaskrawo zieloną kartkę, na której czcionką typu comic sans było wystawione zaświadczenie, że psy mają zdrowe stawy. Nie było napisane, w jakim stopniu stawy są czyste (dopuszczalne stawy to HD A, B, w niektórych wypadkach C). Zaświadczenie było wystawione przez weterynarza, który najprawdopodobniej nie miał nawet kompetencji do wystawiania takich zaświadczeń.


W pokoju było mnóstwo miniaturowych psów podobnych do pinczerów poupychanych w klatkach. Było czysto.
Co do samego szczeniaka, cóż… ewidentnie był pierwszy raz w domu. Pani usilnie sadzała go na fotelu, próbowała zachęcić do zabawy. Szczenię było przestraszone, wycofane, miało ogon podkulony pod siebie i uszy położone po sobie. Nie było szans, by nawiązać z nim kontakt.

Na koniec poprosiłam o pokazanie rodziców. Ta prośba była dla pani zaskoczeniem. Jej mąż kazał nam zostać przed domem, a sam pokierował się za dom i po chwili przybiegły dwa radosne, szalone labradory. Nie wyglądały źle. Były w przyzwoitej kondycji. Suka była zdecydowanie za młoda na pierwszy miot, miała na oko rok, maksymalnie półtora. Podejrzewam, że została pokryta przy pierwszej cieczce. Psy bardzo wyraźnie były spragnione kontaktu z człowiekiem i brakowało im ruchu i zajęcia.

Mojemu bratu serce zabiło mocniej. Szczeniak nie był najpiękniejszy, widziałam kilka wad anatomicznych. Był jednak małą, czekoladową kulką która mogła podziałać na emocje. Przekonałam go jednak, że kupowanie psa z tego miejsca nie jest najlepszym pomysł. Właścicielka “hodowli” była niepocieszona, że poświęciła nam tyle czasu na marne.

Tydzień później pojechaliśmy do hodowli labradorów w Łodzi, którą ja znalazłam. Mój brat zakupił uroczą, puchatą, złotą kulkę z rodowodem FCI. Hodowczyni była przesympatyczna, na nasz przyjazd miała naszykowane wszystkie dokumenty rodziców, w tym wyniki badań. Cena pieska była taka sama jak tego z wątpliwym rodowodem. Mimo, że nakład pracy jaki pani z drugiej hodowli włożyła w przyjście na świat szczeniaków był o wiele większy.

Hodowla psów to przede wszystkim pasja. Prawdziwy hodowca dba o czystość linii i zdrowie rasy, którą hoduje. Z założenia hodowla powinna opierać się na ulepszaniu rasy i rozmnażaniu zdrowych, prawidłowo zbudowanych, zgodnych ze wzorcem i zrównoważonych osobników.
To nie jest próżność, to działanie dla dobra rasy i zachowania ich cech szczególnych. Te cechy czynią każdą rasę wyjątkową. Tymi cechami jest nie tylko wygląd, ale też charakter.

3 stycznia 2019 r. Posłowie wnieśli autopoprawkę do pierwotnego projektu. Zgodnie z tą autopoprawką proponuje się, aby za psa rasowego uznawać psa wpisanego do Polskiej Księgi Rodowodowej Związku Kynologicznego w Polsce bądź do zagranicznego rejestru uznawanego przez ten Związek.

Źródło: https://ilawyer.nazwa.pl/wordpress/wpn_zkwp/index.php/prawo-lobbing/definicja-psa-rasowego-w-prawie-polskim/


Zatem jaki rodowód i dlaczego akurat ZKWP?


Żeby hodowca mógł rozmnożyć psa będąc członkiem ZKWP czyli Związku Kynologicznego w Polsce musi spełnić kilka warunków. Przede wszystkim posiadać psa z rodowodem ZKWP. Żeby tak się stało przodkowie tego psa także muszą mieć taki rodowód i być wpisanymi do PKR, czyli Polskiej Księgi Rodowodowej. Dzięki temu masz możliwość prześledzenia jego linii wiele pokoleń wstecz, a w samym rodowodzie swojego przyszłego psa znajdziesz m.in. osiągnięcia przodków, stopień ich wyszkolenia, czy wyniki wymaganych przez związek badań.

Musisz wiedzieć, że Związek Kynologiczny w Polsce to organizacja, która powstała w Polsce 1938 roku. Podlega do FCI, czyli belgijskiej Fédération Cynologique Internationale – to największa, międzynarodowa organizacja zrzeszająca organizacje kynologiczne z całego świata.

Międzynarodowa Federacja Kynologiczna (FCIFédération Cynologique Internationale) mająca siedzibę w Thuin w Belgii – nadrzędna jednostka dla głównych organizacji kynologicznych w Europie, Azji, Afryce, Ameryce Środkowej, Ameryce Południowej, Australii, Nowej Zelandii. Państwami nienależącymi do FCI są między innymi Albania, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Nie należy mylić z Federación Canina Internacional (F.C.I.).

FCI zrzesza członków i tzw. partnerów kontraktowych. Posiada szereg struktur wewnętrznych – np. Komisję Standardów (wzorców), zajmujących się opracowywaniem i kodyfikacją Wzorców FCI (standardów FCI) – szczegółowymi opisami cech danej rasy psów z podaniem numeru, pod którym występuje ona w rejestrach FCI (jednakże nie wszystkie rasy posiadają wzorce zatwierdzone przez FCI – są to tzw. „rasy nieuznawane”). FCI patronuje także Międzynarodowym Wystawom Psów Rasowych w krajach członkowskich, zawodom agility i innym przedsięwzięciom z udziałem psów rasowych. Prowadzi repertorium hodowli psów rasowych.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Międzynarodowa_Federacja_Kynologiczna


Rodowód to nie jedyny warunek, który musi spełnić pies rasowy, by móc mieć potomstwo.
W celu zweryfikowania jego wartości hodowlanej, hodowca zobowiązany jest do odbycia minimum trzech wystaw z wynikiem bardzo dobrym – dla suki; i doskonałym – dla psa. Nie jest natomiast powiedziane, że wystarczą wymagane minimum trzy wystawy, by taki wynik uzyskać. Podczas wystaw wykwalifikowany do tego sędzia kynologiczny ocenia budowę psa, jego kondycję, szatę, ruch. Sprawdza, czy pies ma pełne uzębienie, w wypadku samców czy ma oba jądra. Jeżeli pies wykazuje znaczne odstępstwa od wzorca lub jakieś wady, albo jego charakter odbiega znacząco od przyjętej normy – zostaje zdyskwalifikowany. Wystawy w pewnym stopniu pomagają zweryfikować, czy pies jest wystarczająco wartościowym przedstawicielem rasy i nadaje się do rozmnażania.

Wzór metryki wydawanej przez ZKWP, na podstawie której można wyrobić rodowód.
Źródło –https://www.zkwp.eslupsk.pl/informacje_oddzialowe,zanim_kupisz_psa_z_hodowli.html


Oprócz tego niektóre rasy podlegają próbom pracy i testom psychicznym, ale to już temat na osobny wpis. Ponadto, jak już wspominałam wcześniej, w rodowodzie możesz zobaczyć wyniki badań przodków. W dalszej części wpisu dowiesz się, o co chodzi z tymi badaniami i dlaczego to takie ważne.

Gdy szczenięta przyjdą na świat, muszą przejść obowiązkowy przegląd miotu. Odpowiednie, oddelegowane do tej roli osoby sprawdzają ich kondycję, uzębienie, u samców czy zeszły im oba jądra i notują to na karcie przeglądu miotu. Odbywa się to w domu hodowcy, lub w siedzibie oddziału ZKWP. Przed opuszczeniem hodowli otrzymają metryki, na podstawie których można wyrobić psu rodowód w najbliższym oddziale związku kynologicznego. Nie jest to obowiązkowe. Jeżeli nie planujesz wystawiać ani rozmnażać potem psa, nie musisz tego robić. Ja mimo braku planów wystawowo – hodowlanych wyrobiłam moim psom rodowody, żeby je po prostu mieć.

Rodowód Larego


Zatem jak widzisz, hodowanie psów rasowych to nie taka prosta sprawa. Wymaga ogromnego wysiłku i nakładu pracy ze strony hodowcy, a potencjalni rodzice Twojego przyszłego szczeniaka są wnikliwie sprawdzani.

Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w innych organizacjach, zwłaszcza tych, które powstały jak grzyby po deszczu po 1 stycznia 2012 roku. Tam wymagania nie są tak wyśrubowane. Zazwyczaj wystarczy mieć psa, który przypomina daną rasę, a następnie wysłać do organizacji jego zdjęcie i wydrukować wzór rodowodu na domowej drukarce. Jeżeli nie znamy przodków takiego psa, wystarczy wpisać w odpowiednie rubryki “NN” i voilà! Mamy psa rasowego. Zdrowie, badania, wzorzec, psychika nie są ważne. Można prowadzić hodowlę i rozmnażać z psem sąsiada. To łatwy i szybki zarobek. Ty natomiast nie masz żadnej gwarancji, co z takiego szczeniaka wyrośnie.

Wyjątki

Są oczywiście wyjątki. FCI, a zarazem ZKWP honorują na zasadzie wzajemności rodowody wydawane przez AKC (American Kennel Club), czyli organizację działającą na terenie Stanów Zjednoczonych. Kolejną, nie zrzeszoną w FCI organizacją jest Kennel Club in the United Kingdom – KC działający w Wielkiej Brytanii, której rodowody również są honorowane.
Są również mniejsze organizacje, których rodowody akceptuje FCI. Jest to np. ISDS czyli International Sheep Dog Society zrzeszająca jedynie hodowców rasy border collie, a w zasadzie to working sheepdog. Co ciekawe, FCI honoruje rodowody ISDS, natomiast ISDS niechętnie honoruje psy z rodowodem jedynie FCI. Wynika to z faktu, że wartością nadrzędną organizacji jest użytkowość rasy, a nie jej uroda.

Podsumowując

Wybór organizacji, z której wybierzemy psa to dosyć prosta sprawa. Wybierając psa z organizacji zrzeszonej w FCI masz pewność, że wybierasz psa rasowego. Niestety niezbyt udana nowelizacja ustawy w 2012 roku to zadanie utrudniła i zmyliła wiele osób. Wciąż zgłaszają się do oddziałów związku kynologicznego osoby z dokumentami udającymi rodowody, chcące zgłosić psa na wystawę lub założyć hodowlę. Niestety są wtedy odsyłane z kwitkiem. Nie popełnij tego błędu i nie daj się nabrać. Jeżeli masz wątpliwości co do hodowli, zadzwoń do oddziału związku i poproś o informację, czy taka hodowla jest w rejestrze.

Zdrowie


W życiu zdrowie jest najważniejsze! Nie bez powodu życzenia rozpoczyna się od “dużo zdrowia…”. Podobnie rzecz przedstawia się w wypadku zakupu psa rasowego. Cóż Ci po pięknym wyglądzie, wspaniałym rodowodzie, czy sukcesach wystawowych, kiedy przyjdzie Ci borykać się z chorobą podopiecznego?

Są mniej i bardziej zdrowe rasy. Nie ma reguły. No może jest, ale to temat na kolejny wpis. Nie mniej jednak w niemal każdej rasie występuje ryzyko konkretnych chorób. Hodowcy starają się je zminimalizować poprzez wcześniejszą diagnostykę i eliminację z dalszej hodowli psów, u których problemy ze zdrowiem wystąpiły.

Każda rasa ma swoją listę dolegliwości. Zanim zdecydujesz się na zakup psa danej rasy sprawdź wcześniej jakie są to choroby, czy są na nie odpowiednie badania (niestety nie wszystkie można wcześniej zdiagnozować) i czy hodowla którą masz zamiar wybrać taką diagnostykę prowadzi. Przykładowo, bardzo popularne teraz rasy brachycefaliczne czyli m.in. buldożki francuskie i mopsy mają ogromne problemy ze zwężeniem nozdrzy przednich (co utrudnia im wdychanie powietrza), wydłużonym żagielkiem podniebiennym, który zbyt długi wpada do światła krtani powodując duszność, czy wadami rozwojowymi chrząstek krtaniowych. Musisz wiedzieć, że rasy z krótkimi kufami nie należą do najzdrowszych i padły ofiarami tzw. przerasowienia. Ich przesadzony eksterier doprowadził do znacznych ograniczeń fizycznych spowodowanych wyżej wymienionymi problemami.
Bez względu na jaką rasę się zdecydujesz, musisz uzbroić się w wiedzę z zakresu przypadłości na jakie cierpi i wymagać od hodowcy odpowiednich badań, jeżeli takie oczywiście są dostępne.

ZKWP wymaga zbadania psów przed ich rozmnożeniem niestety tylko na niewielką część występujących chorób. Większość badań jest dobrowolna i wynika z dbania o dobro psów przez hodowcę. Dlatego dobrego hodowcę poznasz m.in. po tym, że bada swoje psy bez względu na to, czy badanie jest od obowiązkowe, czy też nie. Niektóre kluby ras utworzone pod sztandarem ZKWP narzucają na swoim członkom wykonywanie szerszej diagnostyki.

Im bardziej popularna rasa, tym więcej problemów zdrowotnych można w niej spotkać. Wynika to z tego, że wiele osób w wyniku chwilowej mody i słomianego zapału zabrało się za hodowlę. Nie mając do tego celu odpowiedniej wiedzy i przygotowania, lub kierowani chęcią szybkiego zysku przymykali na pewne problemy oko. Dlatego wybierając hodowlę sprawdź, czy hodowca jest rzetelny, bada swoich podopiecznych i czy jest w stanie pokazać Ci całą dokumentację badań swoich psów. Większość hodowców przekazując szczeniaka, do jego metryki dołącza teczkę ze skanami badań jego rodziców.

Musisz wiedzieć, że przebadani rodzice nie zapewnią Ci 100% pewności, że Twój pies będzie zdrowy. Wiele chorób, na które aktualnie są dostępne testy genetyczne są w stanie z niemal 100% pewnością wykluczyć osobniki chore i wskazać nosicieli, dzięki czemu hodowca jest w stanie dobrać psy tak, by choroba się nie ujawniła w kolejnym pokoleniu. Natomiast są schorzenia, jak dysplazja, OCD czy epilepsja, które mimo największych starań czasem mogą się ujawnić. Niestety wynika to często z tego, że nie wszyscy są szczerzy i zdarzają się zatajane przypadki choroby w danej linii.

Tutaj znajdziesz listę lekarzy weterynarii upoważnionych przez Związek Kynologiczny w Polsce do odczytywania zdjęć rentgenowskich układu chrzęstno-kostnego.


Wybór hodowli


Hodowca to taka osoba, której powierzasz ogromne zaufanie. Na hodowcy spoczywa ciężar dobrania odpowiedniej pary, opieki nad suką w ciąży i odchowania zdrowych, fajnych szczeniaków. Twój szczeniak spędzi najbliższe minimum 8 tygodni w hodowli, gdzie będzie uczył się jak być psem, poznawał nowe dźwięki, smaki, zapachy, faktury i po prostu będzie się rozwijał. To bardzo ważne w jakich warunkach to będzie się odbywało. Pierwsze doświadczenia szczeniaka są niesamowicie ważne i będą miały duży wpływ na jego całe życie.

Dlatego odstaw na chwilę emocje na bok, nie daj się uwieść pięknym zdjęciom czy bogatym opisom. Postaw się na chwilę w roli wywiadowcy KGB i prześwietl hodowlę najlepiej jak się da.

Porozmawiaj z hodowcą, wypytaj go o psy. Dobry hodowca będzie miał wiele do powiedzenia na temat każdego ze swoich psów. Zapytaj o to jak je szkoli, czym karmi i dlaczego zdecydował się na takie, a nie inne krycie. Powinien z łatwością Ci powiedzieć czego spodziewa się po przyszłych szczeniakach. Dobre hodowle nie robią przypadkowych kryć, dlatego hodowca nie powinien być zaskoczony takim pytaniem i będzie miał na nie wyczerpującą odpowiedź.

Koniecznie wypytaj o zdrowie i zapytaj o badania rodziców. Jeżeli dobrze odrobisz lekcję, to będziesz wiedzieć jakie badania powinni mieć rodzice szczeniaków. Hodowca nie powinien mieć problemu z powiedzeniem o badaniach, czy pokazaniem skanów wyników. Natomiast jeżeli będzie miał z tym problem, to powinna zapalić Ci się czerwona lampka. Być może jakiś nie zrobił albo co gorsza – ma coś do ukrycia. Wtedy musisz się zastanowić, czy nie lepiej szukać dalej wymarzonego szczeniaka.

Jeżeli rozmowa z hodowcą się powiedzie, dobrze jest go wcześniej odwiedzić i zobaczyć warunki w jakich trzyma psy. To bardzo ważne gdzie będą wychowywały się szczeniaki. Psy powinny być zadbane, umiarkowanie czyste (wiadomo, że brudny pies to szczęśliwy pies, więc niech brudne łapy Cię nie zniechęcą!), a ich sierść powinna wyglądać zdrowo. Wielu pseudohodowców wprowadza psy (i szczenięta na sprzedaż) do domu na czas wizyty. Poznasz to po zachowaniu psa w domu – pies na co dzień trzymany poza domem będzie w pomieszczeniu niespokojny i obwąchiwał kąty. Nie będzie potrafił znaleźć sobie miejsca z prostej przyczyny – bo go tam nie ma. Może stać przy drzwiach i czekać na wyjście. Może się trochę bać i być wycofany. Jego sierść może być przebarwiona od słońca, sucha i matowa. Oceń jego kondycję – czy wygląda zdrowo? Czy nie jest za chudy? Czy nie jest za bardzo przestraszony i wycofany?

Oczywiście są hodowcy trzymający swoje psy w kojcach, dotyczy o zwłaszcza ras stróżujących lub dużych hodowli. Wtedy nikt nie będzie przed Wami tego faktu ukrywał i pokaże kojce, w których przebywają psy. Powinny być one czyste, zadbane i dobrze odkarmione, no i oczywiście powinny mieć stały dostęp do świeżej wody.

Dla wielu hodowców nowi opiekunowie ich szczeniąt są częścią rodziny. Praca hodowcy nie kończy się na opuszczeniu domu przez szczeniaka. Dobry hodowca pozostanie w kontakcie z opiekunami szczeniąt tak długo, jak będzie potrzeba i będzie służył radą. Hodowca może oczekiwać od nabywcy informacji na temat dalszych losów szczeniaka. Zdarza się, że ludzie mają kontakt z hodowcą przez całe życie psa. Dzięki temu hodowca wie o występujących chorobach czy innych problemach w linii i jest bardziej świadomy tego, co hoduje.

Większość hodowli wymaga podpisania umowy kupna – sprzedaży przed nabyciem psa. Hodowca powinien pokazać Ci ją wcześniej. Dzięki temu poznasz warunki zakupu szczeniaka i możesz zdecydować, czy Ci one odpowiadają. W klasycznej umowie kupna – sprzedaży znajdziesz listę swoich praw i obowiązków względem psa, oraz praw i obowiązków hodowcy. Może znaleźć się punkt o obowiązkowym badaniu np. na dysplazję do określonego przez hodowcę miesiąca życia i wysłania do niego wyników. To pozwala hodowcy na monitorowanie zdrowia w linii i bardzo dobrze o nim świadczy. Wielu hodowców zapisuje sobie prawo do pierwokupu psa. Jeżeli z jakiś przyczyn opiekun będzie zmuszony oddać lub sprzedać psa, hodowca ma prawo do pierwszeństwa lub po prostu pomoże w znalezieniu psu odpowiedniego domu.

Przykłady takich umów znajdziesz w internecie.

Pamiętaj, że pseudohodowcy zdarzają się również w strukturach ZKWP. Patologie pojawiają się wszędzie. Dlatego wybór organizacji w której hodowla jest zarejestrowana nie zwalnia Cię z obowiązku prześwietlenia hodowli. Niestety, pseudohodowle często bardzo sprawnie się kryją z tym, w jakich warunkach trzymają psy i zręcznie oszukują ludzi. Dlatego zalecam czujność!

Rozmawiaj z ludźmi, poznaj psy


Wiedza teoretyczna i kontakt z hodowcą to jedno, opinie ludzi to drugie. Oczywiście złap zdrowy dystans i nie bierz ich za bardzo do siebie. Świat huczy od plotek. Zanim zakupisz szczeniaka zasięgnij trochę “wiedzy ludowej” i dowiedz się, co w trawie piszczy. Dołącz do jakiejś grupy dyskusyjnej na facebooku – zapewniam Cię, niemal każda rasa już taką posiada. Tam poznasz nie tylko hodowców, ale i miłośników rasy i odkryjesz prawdziwą kopalnię wiedzy. Dowiesz się tam o rasie tego, czego nie napisali w żadnym poradniku. Będziesz mieć możliwość porozmawiania z ludźmi, którzy mają już jakąś wiedzę i doświadczenie.
Na grupach nie zawsze bywa miło, nowi członkowie bywają odbierani różnie. Każda niewielka społeczność z początku może wydawać się nieco hermetyczna i mało przyjazna dla nowego użytkownika. Nie zrażaj się. Zanim zadasz pytanie, użyj opcji “szukaj” i sprawdź, czy to pytanie nie było zadane już setki razy i nie ma na nie setek odpowiedzi. Czytaj, dowiaduj się, chłoń wiedzę.

Postaraj się znaleźć właścicieli psów z hodowli, którą masz na oku.
Porozmawiaj z nimi prywatnie, w ten sposób z pewnością dowiesz się więcej niż na forum. Zapytaj o zdrowie psów, ich charakter i czy są zadowoleni z kontaktu z hodowcą. Czy kupiliby szczeniaka ponownie z tej samej hodowli?

Jeżeli masz okazję poznać psy z hodowli, albo co lepsze – szczeniaki po potencjalnych rodzicach, po których Ty też chcesz wziąć malucha, zrób to! Najwięcej możesz się dowiedzieć o potencjalnym charakterze i wyglądzie Twojego przyszłego psa poznając psy z poprzednich miotów. Gdzie je możesz poznać? Na wystawach, zawodach, wszelkich zlotach miłośników rasy, albo po prostu się z nimi umówić na spacer. Wiedzę na ten temat zaczerpniesz oczywiście na grupach 😉

Podsumowując


Kupno psa może nie jest łatwą sprawą, ale musisz mieć świadomość, że to decyzja na kilkanaście lat Twojego życia. Jeżeli odrobisz lekcję i spędzisz nad tym odpowiednio dużo czasu, zwróci Ci się to z nawiązką.

Zaskakujące jest to, że ludzie często więcej uwagi poświęcają wyborowi nowego telefonu lub telewizora, niż wyborowi psa. Czytają parametry, specyfikację, znajdują porównania sprzętu. Kupując psa stajesz w obliczu wyboru żywej istoty, przyjaciela na całe życie. Być może nie zdajesz sobie na tym etapie jeszcze z tego sprawy, ale w grę wchodzą nie tylko koszty finansowe, ale i emocjonalne.

Nie podejmuj decyzji pochopnie. Daj sobie czas na mądry wybór. To może potrwać miesiąc, pół roku albo rok. Jeżeli przez ten czas nie minie Ci zapał – będziesz mieć pewność że to odpowiednia decyzja. Trzymam za Ciebie kciuki i życzę Ci powodzenia w zakupie wymarzonego psa rasowego!

Wielki powrót

To powinno być miejsce na ckliwy tekst o tęsknocie, żalu i porzuconych nadziejach. Ale nie będzie, bo nadzieja wcale nie jest matką głupich, ale z pewnością umiera ostatnia!

Nie było mnie

Bardzo długo mnie zresztą nie było. Chciałabym napisać, że w tym czasie zdążyłam wyjść za mąż, urodzić dzieci i wybudować wielki dom ale to też się nie wydarzyło. A to oznacza, że wcale nie było mnie aż tak długo – logiczne.
Zniknęłam, jak kamfora, kamień w wodę czy David Copperfield (czy młodsze pokolenie pamięta jeszcze tego gościa?). Ale tak naprawdę nigdzie nie zniknęłam, bo dalej gdzieś tam byłam. Dalej robiłam to, co lubię (z mniejszym lub większym zaangażowaniem) – działałam w Dynamitach, jeździłam na seminaria, wzięłam nawet udział w zawodach agility wraz z Zivą (na frisbee nadal brakuje nam(mi) cohones). Ziva czuje się świetnie. Dostarcza mi mnóstwo materiału i dba o to, bym miała o czym pisać. Jest zdrowa jak ryba (przynajmniej na ciele).

Larego nie ma naprawdę

Od ponad roku. Możecie o tym przeczytać we wpisie poprzedzającym ten – „Wspomnienie Larego”. Ostrzegam, jest niesamowicie długi i ckliwy. Wylałam to wszystko, co w mojej głowie siedziało i koszmarnie się bałam, że mi kiedyś umknie. Utwierdziło mnie to w tym, że pisanie jest najlepszą terapią. Choć nie ma Larego już ze mną to podejrzewam, że z bloga jeszcze długo nie zniknie.

Powrót Zdaniem Psa…

był procesem. Bardzo długim i czasochłonnym. Przeniosłam bloga na wordpressa, odzyskałam domenę, wykupiłam serwer, dostosowałam szablon do moich potrzeb, napisałam od nowa treści zakładek i nadal dopieszczam pewne elementy. Pojawił się newsletter, za pomocą którego będę miała dla was dużo do zaoferowania. Głowa pęka mi od pomysłów na ile sposobów mogę go wykorzystać i co mogę wam dać. Warto się do niego zapisać. Nic nie stracicie, a możecie dostać fajne rzeczy! A jak się wam nie spodoba, to możecie po prostu z niego się wykreślić, dodać do spamu czy innej czarnej otchłani.

Blog przeszedł również mały rebranding (tak to się chyba fachowo nazywa). Zostałam przy starych kolorach bloga – zieleń, brąz i odcienie beżu. Z pewnością rzuci wam się w oczy nowe logo. Jest dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłam – minimalistyczne, została zachowana chmurka i najważniejsze, jest na nim Lary. Wiadomo, Lary jest duszą tego bloga i jego symbolem. To z jego powodu zaczęłam pisać. To on jest głównym bohaterem większości wpisów, które popełniłam. Wiedziałam, że nie wyobrażam sobie innego loga niż z nim i jest! Dlatego zawsze, gdy popatrzycie na nasze logo pamiętajcie, że to on. Nieśmiertelny Lary.

Pora na podstawówkę!

Przez ten czas coś się jednak zmieniło. To może mały krok dla ludzkości, ale wielki dla mnie. Nie przychodzi mi teraz do głowy żadna piosenka o spełnianiu marzeń i pokonywaniu swoich słabości, ale jeżeli wam tak, to odpalcie ją sobie w tym momencie. Od pewnego czasu prowadzę zajęcia. Takie fajne, bo to zajęcia dla psów i ich ludzi. Za namową koleżanek z klubu do których przychodziły na treningi ludzie i ich psy o ogromnych chęciach i potencjale, ale zerowej wiedzy stworzyłam swój pierwszy kurs. Napisałam swój program zajęć, taki, jaki uznałam że jest potrzebny. Skonsultowałam go z dziewczynami, zaczerpnęłam języka, odświeżyłam wiedzę i oto jest! Podstawówka! Pierwszy i jak na razie jedyny kurs, na który możecie się zapisać.
Do tej pory kursy odbywały się w ramach naszego klubu Dynamite Dogs, ale jeżeli rzucicie okiem na TEN wpis, albo pokierujecie się do zakładki „SZKOLENIE” w menu w prawym górnym rogu strony, to zobaczycie największą zmianę jaka tutaj się dokonała. Od teraz szkolenie będzie odbywało się pod szyldem Zdaniem Psa, przy nieodzownej współpracy z klubem Dynamite Dogs, który współtworzę od samego początku – od 2014 roku. Wkrótce oferta zajęć ulegnie rozszerzeniu, a informacje i zapisy będą łatwiejsze do znalezienia bo przez cały czas będą tutaj.

Jeżeli chodzi o sprawy nie związane z kynologią, to jak już mówiłam. Nie wybudowałam domu ani nie urodziłam gromadki dzieci, a jednymi z moich większych osiągnięć jest zdanie prawka i ogarnięcie jak się robi paznokcie hybrydowe. Pojawiło się kilka dodatkowych kilogramów, o kilka centymetrów urosły mi włosy, a Ziva z papisia zamieniła się w dzidzię-piernik, bo w maju kończy 6 lat, a nadal zachowuje się jak szczeniak.

Także wróćcie do nas, zostańcie z nami i jesteśmy w kontakcie!

Wspomnienie Larego

Gdyby Lary był pojazdem, byłby czołgiem. Ale w dziale zamiast amunicji miałby brokat i watę cukrową, bo był tak słodkim i uroczym stworzeniem. Urodził się w 2008 roku i był ze mną niemal 10 lat. Zabrakło nam miesiąca do świętowania urodzin.

Lary, Laryszard, Laleczka, a przede wszystkim Jajo… przesympatyczny, żółty labrador, jak z filmów Disneya. Stworzenie całkowicie bezpretensjonalne, pogodne, radosne i zawsze szczęśliwe, bez względu na miejsce i sytuację. Prawdziwy przyjaciel, kompan, stróż. Choć był łagodny jak baranek, udowodnił mi kilka razy w życiu, że nie pozwoliłby mnie skrzywdzić. Jedną taką sytuacją byli robotnicy, którzy kiedyś w niewybredny sposób komentowali moją urodę i zaczęli gwizdać. Lary wtedy cały się zjeżył, uniósł do góry ogon i z groźnym warkotem minął ich przy mojej nodze. Czułam się przy nim bezpiecznie, choć sama zawsze byłam gotowa go bronić.



Był inspiracją tego bloga i zawsze będzie jego duchem. Był moją labRADOŚCIĄ, a czasem labraDOŚĆią. Jego szare komórki były z betonu i czasem ciężko było się przez nie przebić, ale to nie ma już znaczenia, bo pokochałam go z całym arsenałem jego wad. Jego oczy na widok jedzenia zamieniały się w szkliste trójkąty a’la illuminati, a gdy miałam w ręku dla niego coś do jedzenia kulił uszy, jego oczy stawały się wielkie i błyszczące tak, że wyglądał jak młoda foka. Wyobraźcie sobie ten widok – mała głowa, skulone, niemal niewidoczne uszy, ogromne, brązowe oczy i tłuściutki tułów.
Był niczym nie zmąconą taflą jeziora. Niczego się nie bał, nic nie potrafiło go wzburzyć, choć w towarzystwie psów uwielbiał zgrywać ważniaka i twardziela.
Był moim cieniem. Nie był może w tym zbyt profesjonalny, bo o prawdziwy cień się nie potykam robiąc krok wstecz lub odwracając się, ale nikt przecież nie mógł mu zabronić mu bycia cieniem-amatorem.
Każdemu był przyjacielem. Czuły się bezpiecznie i komfortowo przy nim zarówno koty, dzieci jak i ludzie psio-sceptyczni. Po prostu roztaczał wokół siebie aurę poczciwego, nienarzucającego się kumpla, który zawsze odwdzięczy się za okazaną mu życzliwość.
Był typowym labradorem – twardym, upartym, żarłocznym. Te wszystkie na pozór niekorzystne cechy ubrane były w urocze i dobroduszne usposobienie. Lary nigdy nie miał złego dnia, na życie patrzył przez różowe okulary, a jego ogon był zawsze w ruchu. Czasem tylko trochę mocniej, wtedy ten tryb nazywaliśmy „śmigiełkiem”, bo zataczał nim koła w powietrzu.



Kochał wodę, uwielbiał pływać. Potrafił sam sobie rzucać do niej zabawki tylko po to, by po chwili je wyławiać. Na początku jego przygody z pływaniem musiałam wpuszczać go do wody na długiej linie, by móc go z powrotem odholować. Nie bardzo chciał z niej wychodzić, a ja potwornie się bałam, że się w końcu utopi. Całe szczęście podczas następnego sezonu lina była już zbędna, bo Lary nauczył się dobijać do brzegu z własnej woli.
Równie mocno kochał jedzenie. Gdy musiał przyjąć jakieś leki, a przyjmował ich w pewnym momencie sporo, wystarczyło rzucić mu tabletkę i łykał ją w locie bez zastanowienia. Gdy przychodziło nauczyć go nowej sztuczki, nie mógł się na niej skupić, bo tak pragnął nagrody. Kiedyś połknął grubego serdelka. Tak zachłannie go chwycił, że tylko było słychać krótkie zassanie, chlupnięcie, a następnie serdelek w niewyjaśnionych dla Larego okolicznościach zniknął. Był w takim samym szoku co my i widocznie rozczarowany, bo nie poczuł smaku. Nikt z nas się nie spodziewał takiego obrotu spraw.

Z wiekiem przestał być miłośnikiem spacerów. Ze mną co prawda rzadko stosował sztuczki, bo starałam się zapewnić mu atrakcje i wiedział, że cwaniakowanie nie przejdzie. Natomiast gdy wychodził z kimś innym, szybko załatwiał swoje potrzeby, łapał za smycz i siłą zaciągał delikwenta do domu. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie było widmo zbliżającego się posiłku – śniadania albo kolacji. Nie dało się go oszukać w tych sprawach.

Był też kolekcjonerem kasztanów. Traktował to zajęcie bardzo poważnie. Gdy tylko nadchodziła jesień, Lary niemal obsesyjnie zbierał kasztany. Na moje nieszczęście wszystkie pobliskie ulice były obsadzone właśnie kasztanowcami. Lary miał bardzo sprecyzowane oczekiwania względem obiektów mających znaleźć się w jego kolekcji. Nie powiem wam jakie, bo nie mam pojęcia jakimi kryteriami się kierował, ale potrafił długo w nich przebierać, wybierać a nawet wymieniać, jeżeli znalazł lepszy kasztan od tego, w którego był posiadaniu. Z biegiem lat jego warsztat się doskonalił. Z początku podejmował jeden, góra dwa kasztany, potem rekordowo potrafił złapać ich sześć. Wszystkie przynosił do domu i wypluwał w przedpokoju. Ja je zbierałam i odkładałam do specjalnego koszyka. Dziś na jego grobie stoi słój z kasztanami, które dla niego uzbierałam tej jesieni. Były dla niego naprawdę bardzo ważne.


Był stworzeniem niezwykle towarzyskim. Miał swoich psich i ludzkich przyjaciół. Zdobywał ich naturalnie za sprawą swojego niekwestionowanego uroku osobistego. Latem zbierałam go na plotki z przyjaciółką i pizzę w ogródku – zawsze dostawał brzegi. Potrafił się również zachować w restauracjach jeżeli znaleźliśmy taką, która nas przyjęła. Towarzyszył mi również w studenckich wypadach do pubów, gdzie od znajomej barmanki dostawał szynkę do tostów. Chodził również do liceum, pomagając zbierać pieniądze na schronisko, a także na zajęcia na studiach, bo miał fanki również wśród wykładowczyń. To zabawne, ale moja jedna wykładowczyni pomagała go przemycić na wydział tak, by nie widziała go ochrona. W tym celu cała grupa zasłaniała go i przemykaliśmy na piętro.

Zdarzyło mi się kiedyś przebiec z nim na czerwonym świetle, i pechowo dostrzegła to policja. Zawołali nas do radiowozu. Lary wtedy wskoczył przednimi łapami opierając się o otwarte okno radiowozu i wsadził uśmiechnięty łeb do środka by się przywitać. Skończyło się na pouczeniu 🙂 Lary bardzo lubił jeździć samochodami. Wskoczył kiedyś do auta kobiecie, która się obok nas zatrzymała i otworzyła drzwi, żeby zapytać o drogę. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw i bardzo ją to rozbawiło.

Zresztą, urok Larego nie raz bardzo nam pomógł, bo Lary często stawiał mnie w żenujących sytuacjach. Na przykład kiedyś mijaliśmy Biedronkę, Lary człapał bez smyczy i nie było szans bym przewidziała, co zaraz się wydarzy. Otóż, że sklepu wyszła mała dziewczynka wraz z mamą, na oko 2-3 letnia. Była idealnie wzrostu Larego, a w dłoniach trzymała bułkę. Lary bardzo spokojnie, bez skrępowania do niej podszedł, radośnie zamerdał ogonem i wyjął jej z rączek bułkę a następnie na oczach dziecka i matki ją spałaszował. Myślałam, że spłonę ze wstydu. Przysięgam – gdybym nie miała wtedy smyczy w dłoniach, po prostu bym go tam zostawiła i uciekła. Dziecko oczywiście się rozpłakało, ja miałam ochotę zacząć płakać razem z nim. Na szczęście pani Mama (którą pragnę tutaj serdecznie pozdrowić) roześmiała się i zaczęła tłumaczyć dziecku, że nic wielkiego się nie stało. Zaproponowałam odkupienie bułki, ale nie chciała. Skończyło się na pogłaskaniu złodzieja.

Mam z Larym mnóstwo przygód, historii i anegdot. Bardzo się boję, że kiedyś o nich zapomnę, że wylecą mi z głowy i je stracę. Boję się, że zapomnę szczegółów jego wyglądu, tego jak pachniał, jaką miał w dotyku sierść, jak to było go przytulać czy jak się witał rano, gdy jeszcze spałam (soczystym buziakiem prosto w twarz i w ten sposób mnie budził). Albo jak całą noc spał wtulony w moje nogi i przez wiele lat spałam nie zmieniając pozycji, bo nie miałam siły go unieść i się przekręcić i że totalnie mi to nie przeszkadzało.



Gdy zbliżała się rocznica jego śmierci miałam sen. To był naprawdę wspaniały sen. Jeden z tych snów, które mieszają się z jawą. Śniło mi się, że do mnie przyszedł. Znalazł mnie, mimo że byłam strasznie daleko od domu – w Białowieży. Poszliśmy na spacer, naszymi wydeptanymi ścieżkami spacerowymi wokół domu. Potem wróciliśmy do domku, w którym nocowałam. Położył się między mną, a moim chłopakiem Krystianem i wtulił się we mnie tak, jak zwykliśmy się tulić. Głowę trzymał na moim ramieniu, wydychając wilgotne powietrze na moją szyję i jakież to było realne uczucie! Czułam to jak wtedy, gdy był. Gładziłam go po plecach, głowie i uszach i przysięgam, doskonale czułam pod palcami zmieniającą się fakturę jego sierści – sztywną na plecach i mięciutką na głowie i uszach. W pewnym momencie, gdy zaczęłam się wybudzać powiedziałam do niego “Lary, musisz już iść”. Zeskoczył wtedy z łóżka i zniknął w drzwiach. Obudziłam się zdruzgotana.

Lary zmarł 9go sierpnia 2018 roku w nocy. Do dzisiaj nie wiemy co dokładnie było przyczyną tych wszystkich strasznych problemów zdrowotnych, jakie pod koniec życia go dotknęły. Ostatni tydzień spędziłam poświęcając mu każdą minutę, choć niestety większość z tych minut spędziliśmy pod kroplówkami. Zabrakło mu miesiąca i jednego dnia do skończenia 10 urodzin. Odchodził mając wokół siebie swoją rodzinę i przyjaciół, którzy nie zostawili nas w tych chwilach samych i dali nam ogromne wsparcie. Potem składali mnie do kupy, gdy byłam w rozsypce po stracie. Został pochowany na cmentarzu dla zwierząt. Często go odwiedzamy.

Tu nie będzie czarno-białych zdjęć. Takiego go zapamiętam: