Psy, których potrzebujemy

Są różne kategorie psów w życiu każdego psiarza. Jest na przykład kategoria “psy naszego życia”, które mamy wytatuowane w sercach, a czasem na naszych ciałach. Albo psy “rodzinne”, na których wychowanie mieliśmy niewielki wpływ, mimo najszczerszych chęci. Są też psy “znalezione” i “uratowane”, którym daliśmy drugą szansę.
Jest też taka specjalna kategoria, na którą chyba większość z nas trafiła, a mianowicie “psy, których potrzebujemy”. Są to zazwyczaj psy, których wychowanie nie należało do najprostszych i wymagało od nas dużych przemian i samorozwoju. Do takiej kategorii zalicza się Ziva.


Nie chciałam takiego psa


Ziva niedawno skończyła 6 lat i skłoniło mnie to do refleksji na temat naszej wspólnej przygody. Gdy ukończyła pierwszy rok swojego życia, zwyczajowo celebrowałam tę chwilę na facebooku, przy okazji wspominając o trudnej przeprawie jaką mi zafundowała. Hodowczyni Zivy napisała mi wówczas jedną, bardzo mądrą rzecz, która wryła mi się w głowę po dziś dzień:

“Czasem dostajemy psy nie takie, jakie chcemy, ale takie, jakich potrzebujemy.”


Tak właśnie było z Zivą. Nie chciałam takiego psa. Jest nadwrażliwa, lękliwa, nad wyraz reaktywna. Panicznie boi się ludzi, zawsze nerwowo obserwuje otoczenie.
Ale potrzebowałam takiej Zivy. Otworzyła mi oczy na to, jak skrajnie różne mogą być psy i jak wielkiej elastyczności wymaga praca z nimi. Dobry szkoleniowiec musi być szalenie kreatywny i otwarty na potrzeby i emocje psa z którym pracuje.

Lary był psem bardzo stabilnym, odpornym na presję i moje emocje. Doskonale sobie radził z moją frustracją, a sam nie znał takiego uczucia. Ziva natomiast fatalnie znosiła presję i moje niezadowolenie, które momentami sięgało zenitu. Nic dziwnego, kupiłam ją mając ambitne plany trenowania i startowania w zawodach, a tymczasem rozpaczliwie walczyłam o normalność.


Dobrego złe początki


Gdy była mała, bała się wszystkiego. Nie była jednym z tych ciekawskich szczeniaków, które z zainteresowaniem poznają świat i wszędzie ich pełno. Była wycofanym maleństwem, które przerażał ogromny świat. Gdy tylko wychodziłyśmy poza dom, kładła się i wciskała głowę gdzie tylko się dało jakby myślała, że gdy nie będzie patrzeć na świat, on nie zwróci uwagi na nią.

Rozwieję na tym etapie wszelkie wątpliwości – te zachowania nie pojawiły się w hodowli. Odwiedzałam ją kilka razy, zanim trafiła do mnie. Fakt, nigdy nie sprawdziłam jej w warunkach zupełnie dla niej obcych, oferujących więcej bodźców jak na przykład warunki miejskie, lub po prostu parking na stacji benzynowej. Świetnie sobie radziła w odizolowaniu od rodzeństwa, w nowych dla niej pomieszczeniach, poznając obce psy. Nie miała reakcji na dźwięki, nowe przedmioty poznawała w umiarkowanym zainteresowaniem. Wydaje się, że sprawdziłam więcej niż przeciętny człowiek kupujący psa. Życie jednak potrafi zaskakiwać. Pierwsze schody pojawiły się na nieszczęsnej stacji benzynowej, gdzie zrobiłyśmy krótki postój na psie siku – wtedy właśnie przywarła wystraszona do podłoża.

Ponieważ normalne spacery były poza naszym zasięgiem, szybko opatentowałam “nosidełko”. Był to duży plecak, który nosiłam z przodu, a w nim małą Zivę. To była najbezpieczniejsza forma poznawania świata. Gdy szczeniaki w jej wieku uczyły się przywołania i zabawy, ja po prostu chciałam by mój szczeniak przeszedł ze mną chociaż 5 metrów. Nieśmiało ćwiczyłyśmy w domu, zawsze przy zamkniętych oknach, bo dźwięki z zewnątrz bardzo ją rozpraszały i stresowały.


Przez kilka kolejnych miesięcy sytuacja zdawała się normować. Ziva zaczęła chętnie spacerować, skupienie i ćwiczenia nowych rzeczy wciąż na zewnątrz były trudne, ale starałyśmy się i to przepracować. Wciąż bała się bardziej uczęszczanych przejść dla pieszych, mijania sklepów (nawet, gdy były zamknięte) czy przystanków autobusowych, ale udawało mi się unikać tych miejsc i kontrolować środowisko tak, by małymi krokami starać się z nimi ją oswoić.

Gdy zaczęła dorastać pojawił się regres. Jej lęki zaczęły się pogłębiać i mieszać z typowymi dla rasy fiksacjami – zaganianiem aut, rowerzystów, dzieci, innych psów. Na sytuacje stresowe, jak na przykład ludzie zaczęła reagować ujadaniem i straszeniem “uważaj! złapię cię za kostkę!”. Połączone to było z outrunami i czajeniem się – bardzo borderowymi zachowaniami. Zachowywała się jak wiejski burek po raz pierwszy wypuszczony ze stodoły. Ludzie z politowaniem mnie pytali, czy to piesek ze schroniska. Ona wpadała wtedy w jeszcze większą panikę, bo ktoś się do nas odzywał, a ja szybko potakiwałam i starałam się uciec z tej sytuacji. Byłam z każdym dniem coraz bardziej zła i zmęczona, a ona czując to wprost proporcjonalnie się ode mnie oddalała.

Oddalała się dosłownie i w przenośni, bo wraz z dystansem jaki zaczynał nas dzielić rósł ten, jaki zachowywała ode mnie. Na zdjęciach ze spacerów z okresu, gdy miała 8-10 miesięcy widać jasną plamę w oddali – tak, to była Ziva. Odpowiedni dystans to było minimum 10 metrów, miała problemy z przywołaniem. Wolała ganiać ptaki i samoloty na niebie, lub krążyć gdzieś w oddali – tak sobie radziła ze stresem. A ja płakałam czując bezsilność, bo nie tak miało to wyglądać. Miała być małym, radosnym, bystrym szczeniakiem wpatrzonym we mnie, chętnym do zabawy i nowych zadań. Tymczasem była zalęknionym, autystycznym pieskiem, który w dodatku mnie nie lubił.


Trudna lekcja dopuszczania


Nasze początki agility również nie należały do cukierkowych. Gdy inne psy ćwiczyły pierwsze sekwencje, my stałyśmy 20 metrów dalej, na lince. Desperacko walczyłam o jej uwagę. Jest nawet takie piękne zdjęcie młodziutkiej, biegnącej Zivy. Nie byłoby w nim nic dziwnego gdyby nie to, że ciągnie na nim za sobą smycz. Wyrwała mi się wtedy z rąk i zaczęła biegać jak szalona. Ścigała się z psem sąsiada za siatką i goniła za ptakami na niebie, była totalnie odcięta od rzeczywistości. Kilka osób na placu bezskutecznie próbowało ją złapać.



Mogłabym mnożyć bez końca historie o tym, jak ciężko było i wyliczać, a w zasadzie odhaczać po kolei wszystkie problemy występujące w rasie (i nie tylko), które Ziva przejawiała. Bronienie zasobów, pasienie, zerowy aport wynikający z pasienia zabawek, brak koncentracji, nadwrażliwość na dźwięki -to tylko część problemów, z jakimi było nam się zmierzyć.

Ta historia miałaby przykry finał, gdybym nie przewartościowała swojej relacji z Zivą. Popełniłam dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze – moje własne wyobrażenia, plany i ambicje dotyczące naszej przyszłości negatywnie odbiły się na naszym kontakcie. Nie była moim wyobrażeniem ani wymarzonym psem, co powodowało we mnie rozczarowanie i frustracje, które następnie odbijały się na niej. Po drugie – zastosowałam na niej metody, które sprawdzały się na moim starszym psie, ignorując jej temperament i potrzeby, tak bardzo odmienne od tych, którymi operował Lary. Nie mogłam sobie przy niej pozwalać na wiele rzeczy, które przy Larym uchodziły mi na sucho.

Żeby uratować naszą relację i zbudować więź, musiałam pozbyć się jakichkolwiek oczekiwań i ambicji względem niej. To była moja pierwsza lekcja. Gdy tylko opuściły mnie stres i presja związane z treningami, zaczęliśmy obie czerpać z nich radość i osiągać drobne sukcesy.

Drugą lekcją była kontrola nad emocjami. Moimi emocjami. To była wielka praca nad sobą, musiałam nauczyć się opanowania, którego czasem mi brakowało. Ziva na tym etapie nie potrzebowała samokontroli, natomiast ja – bardzo. Jakakolwiek złość czy wybuchowość oddalała mnie od niej, a moim celem było przecież zbliżenie się do niej. Stosowałam różne techniki, gdy tylko miałam ochotę ukręcić jej głowę – liczenie do 10, ćwiczenia oddechowe, scrollowanie zabawnych stron z memami.

Trzecia lekcja jest jak trzecia faza po utracie czegoś – pogodzenie. Pogodziłam się z tym, że nie będzie do końca normalnie. Zaakceptowałam ją taką, jaka jest. Świadoma jej problemów i ograniczeń wynikających z ich występowania żyję z nimi i sobie z nimi radzę. Bo to nie jest tak, że wszystko można przepracować w 100% i problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiele problemów oczywiście można przepracować i nam się to udało. Mogę na przykład usiąść z nią nad brzegiem stawu w parku bez obaw, że pierwszy przechodzeń zostanie napadnięty przez ujadającą i krążącą jak świr Zivę. Ale nie mogę zagwarantować jej pełnego komfortu w tłocznych miejscach, ani przekonać jej, że absolutnie każdy człowiek na świecie jest fajny. Ona potrafi przekonać się do poszczególnych osób, co oczywiście wymaga pracy z każdą nowo poznaną osobą. Czasem nawet trochę generalizuje sobie ludzi, zwłaszcza tych w moim wieku, dzięki czemu szybciej do nich podchodzi, ale nigdy nie będzie tak, że pokocha cały świat. Nie musi go kochać, staram się to po prostu mieć to pod kontrolą i zarządzać jej rzeczywistością tak, by nie wpychać jej w sytuacje, które są dla niej szkodliwe.


Mistrzowie osiedla


Miałyśmy kilka przyzwoitych prób startów na zawodach, ale staram się ograniczać jej ten stres. Pierwszy bieg zwykle jest świetny, ale wraz z upływem czasu na zawodach narasta w niej stres i na kolejnych biegach ich jakość znacznie spada. Ziva świetnie radzi sobie na agility gdy nie ma wielkiej widowni. Naprawdę kocha to robić i sam fakt biegania jest dla niej nagrodą. Wróćcie teraz pamięcią do fragmentu tego wpisu, w którym opowiadałam o jej totalnym braku chęci do treningów i ucieczkach na placu.


Podobnie jest z frisbee, jesteśmy mistrzyniami osiedla i okolicznych parków. I tyle powinno nam wystarczyć. Ziva wspaniałe aportuje, choć aportu wcale nie miała. Wszak i z tej walki wyszłyśmy obronną ręką.

Ufamy sobie i wzajemnie się szanujemy. Ziva już nie ma problemu by do mnie wracać, wręcz przeciwnie – mimo jej dojrzałego wieku potrafi na spacerach z radością szczeniaka odwrócić się i we mnie wbiec z zaczepnym warkotem. Gdy się boi, a boi się nadal – szuka we mnie wsparcia, i to chyba nasz największy sukces.

Nikomu nie życzę takiego psa ale cieszę się, że ja na nią trafiłam. Dała mi ogromne doświadczenie i zmieniła moje życie. Nauczyła mnie cieszyć się niewielkimi sukcesami, które z czasem się zsumowują i stają jednym, ogromnym sukcesem. Nie wiem, jakby to wyglądało gdyby trafiła do kogoś innego, mniej doświadczonego. Słyszałam jedynie o jej siostrze, która ma olbrzymie problemy z koncentracją i bronieniem zasobów, a jedyną drogą do niej ponoć jest kolczatka, ale to tylko informacje z trzeciej ręki.

Dzięki niej uczę teraz ludzi cieszyć się z małych sukcesów i doceniać swoje psy, mimo ich wad i problemów jakie sprawiają. Wspólnie pielęgnujemy te mikro sukcesy i skupiamy się na zaletach, traktując wady jak małe przeszkody na drodze do celu. Myślę, że należy podchodzić do szkolenia psów z optymizmem, i czasem zdjąć sobie samemu nogę z gardła.


Warto było przejść tę drogę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *