Wspomnienie Larego

Gdyby Lary był pojazdem, byłby czołgiem. Ale w dziale zamiast amunicji miałby brokat i watę cukrową, bo był tak słodkim i uroczym stworzeniem. Urodził się w 2008 roku i był ze mną niemal 10 lat. Zabrakło nam miesiąca do świętowania urodzin.

Lary, Laryszard, Laleczka, a przede wszystkim Jajo… przesympatyczny, żółty labrador, jak z filmów Disneya. Stworzenie całkowicie bezpretensjonalne, pogodne, radosne i zawsze szczęśliwe, bez względu na miejsce i sytuację. Prawdziwy przyjaciel, kompan, stróż. Choć był łagodny jak baranek, udowodnił mi kilka razy w życiu, że nie pozwoliłby mnie skrzywdzić. Jedną taką sytuacją byli robotnicy, którzy kiedyś w niewybredny sposób komentowali moją urodę i zaczęli gwizdać. Lary wtedy cały się zjeżył, uniósł do góry ogon i z groźnym warkotem minął ich przy mojej nodze. Czułam się przy nim bezpiecznie, choć sama zawsze byłam gotowa go bronić.



Był inspiracją tego bloga i zawsze będzie jego duchem. Był moją labRADOŚCIĄ, a czasem labraDOŚĆią. Jego szare komórki były z betonu i czasem ciężko było się przez nie przebić, ale to nie ma już znaczenia, bo pokochałam go z całym arsenałem jego wad. Jego oczy na widok jedzenia zamieniały się w szkliste trójkąty a’la illuminati, a gdy miałam w ręku dla niego coś do jedzenia kulił uszy, jego oczy stawały się wielkie i błyszczące tak, że wyglądał jak młoda foka. Wyobraźcie sobie ten widok – mała głowa, skulone, niemal niewidoczne uszy, ogromne, brązowe oczy i tłuściutki tułów.
Był niczym nie zmąconą taflą jeziora. Niczego się nie bał, nic nie potrafiło go wzburzyć, choć w towarzystwie psów uwielbiał zgrywać ważniaka i twardziela.
Był moim cieniem. Nie był może w tym zbyt profesjonalny, bo o prawdziwy cień się nie potykam robiąc krok wstecz lub odwracając się, ale nikt przecież nie mógł mu zabronić mu bycia cieniem-amatorem.
Każdemu był przyjacielem. Czuły się bezpiecznie i komfortowo przy nim zarówno koty, dzieci jak i ludzie psio-sceptyczni. Po prostu roztaczał wokół siebie aurę poczciwego, nienarzucającego się kumpla, który zawsze odwdzięczy się za okazaną mu życzliwość.
Był typowym labradorem – twardym, upartym, żarłocznym. Te wszystkie na pozór niekorzystne cechy ubrane były w urocze i dobroduszne usposobienie. Lary nigdy nie miał złego dnia, na życie patrzył przez różowe okulary, a jego ogon był zawsze w ruchu. Czasem tylko trochę mocniej, wtedy ten tryb nazywaliśmy „śmigiełkiem”, bo zataczał nim koła w powietrzu.



Kochał wodę, uwielbiał pływać. Potrafił sam sobie rzucać do niej zabawki tylko po to, by po chwili je wyławiać. Na początku jego przygody z pływaniem musiałam wpuszczać go do wody na długiej linie, by móc go z powrotem odholować. Nie bardzo chciał z niej wychodzić, a ja potwornie się bałam, że się w końcu utopi. Całe szczęście podczas następnego sezonu lina była już zbędna, bo Lary nauczył się dobijać do brzegu z własnej woli.
Równie mocno kochał jedzenie. Gdy musiał przyjąć jakieś leki, a przyjmował ich w pewnym momencie sporo, wystarczyło rzucić mu tabletkę i łykał ją w locie bez zastanowienia. Gdy przychodziło nauczyć go nowej sztuczki, nie mógł się na niej skupić, bo tak pragnął nagrody. Kiedyś połknął grubego serdelka. Tak zachłannie go chwycił, że tylko było słychać krótkie zassanie, chlupnięcie, a następnie serdelek w niewyjaśnionych dla Larego okolicznościach zniknął. Był w takim samym szoku co my i widocznie rozczarowany, bo nie poczuł smaku. Nikt z nas się nie spodziewał takiego obrotu spraw.

Z wiekiem przestał być miłośnikiem spacerów. Ze mną co prawda rzadko stosował sztuczki, bo starałam się zapewnić mu atrakcje i wiedział, że cwaniakowanie nie przejdzie. Natomiast gdy wychodził z kimś innym, szybko załatwiał swoje potrzeby, łapał za smycz i siłą zaciągał delikwenta do domu. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie było widmo zbliżającego się posiłku – śniadania albo kolacji. Nie dało się go oszukać w tych sprawach.

Był też kolekcjonerem kasztanów. Traktował to zajęcie bardzo poważnie. Gdy tylko nadchodziła jesień, Lary niemal obsesyjnie zbierał kasztany. Na moje nieszczęście wszystkie pobliskie ulice były obsadzone właśnie kasztanowcami. Lary miał bardzo sprecyzowane oczekiwania względem obiektów mających znaleźć się w jego kolekcji. Nie powiem wam jakie, bo nie mam pojęcia jakimi kryteriami się kierował, ale potrafił długo w nich przebierać, wybierać a nawet wymieniać, jeżeli znalazł lepszy kasztan od tego, w którego był posiadaniu. Z biegiem lat jego warsztat się doskonalił. Z początku podejmował jeden, góra dwa kasztany, potem rekordowo potrafił złapać ich sześć. Wszystkie przynosił do domu i wypluwał w przedpokoju. Ja je zbierałam i odkładałam do specjalnego koszyka. Dziś na jego grobie stoi słój z kasztanami, które dla niego uzbierałam tej jesieni. Były dla niego naprawdę bardzo ważne.


Był stworzeniem niezwykle towarzyskim. Miał swoich psich i ludzkich przyjaciół. Zdobywał ich naturalnie za sprawą swojego niekwestionowanego uroku osobistego. Latem zbierałam go na plotki z przyjaciółką i pizzę w ogródku – zawsze dostawał brzegi. Potrafił się również zachować w restauracjach jeżeli znaleźliśmy taką, która nas przyjęła. Towarzyszył mi również w studenckich wypadach do pubów, gdzie od znajomej barmanki dostawał szynkę do tostów. Chodził również do liceum, pomagając zbierać pieniądze na schronisko, a także na zajęcia na studiach, bo miał fanki również wśród wykładowczyń. To zabawne, ale moja jedna wykładowczyni pomagała go przemycić na wydział tak, by nie widziała go ochrona. W tym celu cała grupa zasłaniała go i przemykaliśmy na piętro.

Zdarzyło mi się kiedyś przebiec z nim na czerwonym świetle, i pechowo dostrzegła to policja. Zawołali nas do radiowozu. Lary wtedy wskoczył przednimi łapami opierając się o otwarte okno radiowozu i wsadził uśmiechnięty łeb do środka by się przywitać. Skończyło się na pouczeniu 🙂 Lary bardzo lubił jeździć samochodami. Wskoczył kiedyś do auta kobiecie, która się obok nas zatrzymała i otworzyła drzwi, żeby zapytać o drogę. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw i bardzo ją to rozbawiło.

Zresztą, urok Larego nie raz bardzo nam pomógł, bo Lary często stawiał mnie w żenujących sytuacjach. Na przykład kiedyś mijaliśmy Biedronkę, Lary człapał bez smyczy i nie było szans bym przewidziała, co zaraz się wydarzy. Otóż, że sklepu wyszła mała dziewczynka wraz z mamą, na oko 2-3 letnia. Była idealnie wzrostu Larego, a w dłoniach trzymała bułkę. Lary bardzo spokojnie, bez skrępowania do niej podszedł, radośnie zamerdał ogonem i wyjął jej z rączek bułkę a następnie na oczach dziecka i matki ją spałaszował. Myślałam, że spłonę ze wstydu. Przysięgam – gdybym nie miała wtedy smyczy w dłoniach, po prostu bym go tam zostawiła i uciekła. Dziecko oczywiście się rozpłakało, ja miałam ochotę zacząć płakać razem z nim. Na szczęście pani Mama (którą pragnę tutaj serdecznie pozdrowić) roześmiała się i zaczęła tłumaczyć dziecku, że nic wielkiego się nie stało. Zaproponowałam odkupienie bułki, ale nie chciała. Skończyło się na pogłaskaniu złodzieja.

Mam z Larym mnóstwo przygód, historii i anegdot. Bardzo się boję, że kiedyś o nich zapomnę, że wylecą mi z głowy i je stracę. Boję się, że zapomnę szczegółów jego wyglądu, tego jak pachniał, jaką miał w dotyku sierść, jak to było go przytulać czy jak się witał rano, gdy jeszcze spałam (soczystym buziakiem prosto w twarz i w ten sposób mnie budził). Albo jak całą noc spał wtulony w moje nogi i przez wiele lat spałam nie zmieniając pozycji, bo nie miałam siły go unieść i się przekręcić i że totalnie mi to nie przeszkadzało.



Gdy zbliżała się rocznica jego śmierci miałam sen. To był naprawdę wspaniały sen. Jeden z tych snów, które mieszają się z jawą. Śniło mi się, że do mnie przyszedł. Znalazł mnie, mimo że byłam strasznie daleko od domu – w Białowieży. Poszliśmy na spacer, naszymi wydeptanymi ścieżkami spacerowymi wokół domu. Potem wróciliśmy do domku, w którym nocowałam. Położył się między mną, a moim chłopakiem Krystianem i wtulił się we mnie tak, jak zwykliśmy się tulić. Głowę trzymał na moim ramieniu, wydychając wilgotne powietrze na moją szyję i jakież to było realne uczucie! Czułam to jak wtedy, gdy był. Gładziłam go po plecach, głowie i uszach i przysięgam, doskonale czułam pod palcami zmieniającą się fakturę jego sierści – sztywną na plecach i mięciutką na głowie i uszach. W pewnym momencie, gdy zaczęłam się wybudzać powiedziałam do niego “Lary, musisz już iść”. Zeskoczył wtedy z łóżka i zniknął w drzwiach. Obudziłam się zdruzgotana.

Lary zmarł 9go sierpnia 2018 roku w nocy. Do dzisiaj nie wiemy co dokładnie było przyczyną tych wszystkich strasznych problemów zdrowotnych, jakie pod koniec życia go dotknęły. Ostatni tydzień spędziłam poświęcając mu każdą minutę, choć niestety większość z tych minut spędziliśmy pod kroplówkami. Zabrakło mu miesiąca i jednego dnia do skończenia 10 urodzin. Odchodził mając wokół siebie swoją rodzinę i przyjaciół, którzy nie zostawili nas w tych chwilach samych i dali nam ogromne wsparcie. Potem składali mnie do kupy, gdy byłam w rozsypce po stracie. Został pochowany na cmentarzu dla zwierząt. Często go odwiedzamy.

Tu nie będzie czarno-białych zdjęć. Takiego go zapamiętam:




One thought to “Wspomnienie Larego”

  1. Doskonale pamiętam Twojego bloga, jako że i ja miałam labradora, czułam pewną więź z Tobą i byłam stałym bywalcem na stronie. Wiem co czujesz, niestety już doskonale wiem i nic tego bólu nie jest w stanie ukoić. Straciłam Herbę na dwa dni przed naszą 10 rocznicą, odeszła na dzień przed moimi imieninami, w październiku skończyła 10 lat. W ciągu miesiąca zaczęło się wszystko sypać, a potem w ciągu trzech dni zawalił mi się całkowicie świat, wszystko przykryła czarna plama, bo kroplówki nic nie dały, musieliśmy podjąć decyzję. Musieliśmy dać jej odejść, po prawie 10 latach razem, była to najcięższa decyzja w moim życiu, najgorszy dzień. Prawdę mówiąc mogę z czystym sercem powiedzieć, że labradory są najwspanialszymi psami pod słońcem. Uczą nas bezwzględnej radości, miłości, cierpliwości…Herba była aniołem w psiej skórze, nigdy nic nie zbroiła, czystość ogarnęła w trymiga, pod koniec jej życia jedynie przestała wytrzymywać. To było po prostu okropne widzieć, jak z dnia na dzień ubywa mi psa. Ale kiedy labrador nie je, nie cieszy się (bo nie ma siły) nawet zamerdac ogonem, to znak że on się już poddał…Nie ma dnia żebym za nią nie tęskniła, nie ma minuty żebym o niej nie pomyślała. Dom przez pierwsze dni był przeraźliwie pusty, cichy, wszyscy płakaliśmy, najbardziej załamany wraz ze mną był tata, z którym żegnałam moją przyjaciółkę. Zanim minął miesiąc od śmierci najcudowniejszego czworonoga pod słońcem, w moim życiu pojawiła się Lanza – pies który jest zupełnie z innej bajki, wręcz z kosmosu, szalony.. śmiejemy się, że jest wilkiem z lasu, bo jest znajdą właśnie stamtąd, ale wygląda jak wilk, jak ewidentny mix husky. Jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, czymś zupełnie innym..nie chciałam kolejnego labradora, bo wiedziałam że porównywanie do Herby ciągle i ciągle tego psa, by mnie wykończyło. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie cieszy Twój powrót, mam nadzieję że teraz będziesz pisać regularnie. Twój post mnie niesamowicie poruszył, siedzę na łóżku i płaczę z tęsknoty, łączę się w bólu, bo wiem jak ogromny on jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *